Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-07-25

„Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” Małgorzata Budyta-Budzyńska

Wydawca: Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR

Data wydania: 5 czerwca 2017

Liczba stron: 302

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Migracja peryferii

Rozprawa naukowa Małgorzaty Budyty-Budzyńskiej stanowi interesujący wyłom w licznych tegorocznych publikacjach na temat Islandii. Badaczka podejmuje się trudu przeanalizowania kondycji islandzkiej Polonii. Problem polega na tym, że nie dowiedziałem się z tej książki ani tego, dlaczego tak naprawdę Polacy emigrują na północną wyspę (względy zarobkowe to oczywistość niewymagająca badań naukowych), ani jak im się tam żyje, ani również tego, co decyduje o pozostaniu w Islandii oraz jak – szczegółowo – wyglądają codzienne warunki społeczno-bytowe. W książce o Polakach na Islandii… mało jest samych Polaków, którym głos autorka oddaje dopiero w drugiej części książki. Jej pierwsza połowa – obrazująca Islandię w wymiarze lokalnym i globalnym oraz przedstawiająca genezę kryzysu z 2008 roku opisaną już przejrzyście choćby w „Islandii. Przewodniku nieturystycznym” – to po pierwsze: zbiór wyników badań, które nie interesowałyby większości badanych potem Polaków, a po drugie: rzecz niewiele mająca wspólnego z samym tytułem publikacji. Samo zaś przybliżanie wypowiedzi rozmówców trąci jakąś nieznośną wyższością badawczą, skoro w cytatach nie zastosowano elementarnej korekty językowej, jak choćby usunięcie nadużywanych zaimków. Zdaję sobie sprawę, że tak to ma wyglądać w publikacji naukowej, ale otrzymujemy w ten sposób bolesną dychotomię – pewność sądów i wieloaspektowość tez badaczki zestawione z kaleką polszczyzną rozmówców opowiadających o życiu na Islandii i refleksjach z nim związanych.

Mimo pewnego rozczarowania czytałem tę narrację z dużym zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że podoba mi się ta naukowa ciekawość peryferii i decyzja o tym, by badać dość młodą społeczność emigrantów, szukając podobieństw w jej strukturze do emigracji w innych miejscach Europy. Budyta-Budzyńska – gdy już przejdzie do tematu książki – bardzo wnikliwie analizuje postawy kraju przyjmującego wobec emigracji oraz różnorodność postaw przybyłych, wpadających w pułapki stereotypowego spojrzenia na kraj, o którym już coś słyszeli, ale dość szybko pozbywają się stereotypów, przejmując od Islandczyków przede wszystkim wszechogarniające poczucie swobody i brak trosk stygmatyzujących życie Polaków przed emigracją.

Autorka podkreśla, że w przypadku Polonii na Islandii nie będziemy mieli raczej do czynienia ze społecznością, lecz ze zbiorowością. Analizowana grupa jest bardzo różnorodna. Ci, którzy mieszkają na wyspie od wielu lat – i ich opowieści brakło mi szczególnie – dostrzegają każdy pozytywny aspekt życia na wyspie i potrafią dążyć do tego, by jeszcze bardziej integrować się z Islandczykami. Są i tacy, którzy tworzą absolutnie zamknięte grupy, odtwarzając na emigracji wspólnotę kraju pochodzenia, nie otwierając się na nowe warunki życia. Publikacja w miarę dokładnie analizuje zwłaszcza socjalne aspekty pobytu na Islandii, podkreślając obecność wygodnego systemu zasiłków i te elementy opiekuńczego państwa, które niejednokrotnie są wykorzystywane przez przyjezdnych. Zaznacza jednocześnie, że Islandia jest chętna do przyjmowania kolejnych emigrantów, ale stawia im pewne warunki. Jednym z nich jest znajomość języka islandzkiego, z czym Polacy nierzadko nie są w stanie sobie poradzić. Budyta-Budzyńska podkreśla, że status polskiej emigracji na wyspie waha się między separacją a adaptacją, a nie jest na pewno pełną integracją. Jak trudno zintegrować się w pełni z narodem islandzkim, zaznaczają pierwsze rozdziały publikacji. W nich wyspa portretowana jest jako miejsce ze wszech miar niezależne. Takie, które wypracowało sobie skuteczny model demokracji bezpośredniej i które wykształciło państwowość oraz tożsamość narodową o bardzo silnym i czytelnym charakterze.

Momentem zwrotnym w analizach jest oczywiście rok 2008 i islandzka kreppa, czyli kryzys dotykający całą wyspę i tylko częściowo przebywających na niej Polaków. Czas przed kryzysem nie jest dla polskiej emigracji czasem wartym szerszego badania, albowiem jest to ledwie kilka lat, gdyż wielu Polaków przyjechało na wyspę dopiero wówczas, gdy Islandia w maju 2006 roku otworzyła rynek pracy dla pracowników z Unii Europejskiej. Książka opiera się na technice „zdjęcia socjologicznego” i odnosi do wyników badań oraz ankiet przeprowadzonych najpierw w 2010 roku, a następnie cztery lata później. Czy to właściwy materiał badawczy, by opowiadać o strukturze islandzkiej Polonii i jej możliwościach? W ciągu tych kilku lat po badaniach sporo się zmieniło. „Polacy na Islandii. Rekonstrukcja przestrzeni obecności” stara się jednak pokazać dynamikę zmian w okresie między badaniami. Jednocześnie nie tylko określa status polskiego emigranta zarobkowego, ale stara się go usytuować w kulturze, społeczności i polityce kraju, do którego przybył. Bardzo ciekawe są rozważania o tym, jakim zaskoczeniem dla pracujących Polaków są realia, w których pracuje się na Islandii. Inna kultura pracy to pochodna wielu składowych – zależna od mentalności Islandczyków, a tę ukształtowało wszystko, o czym Budyta-Budzyńska pisze w pierwszych rozdziałach książki.

Podoba mi się również to, że autorka unika poprawności politycznej, punktując sprawy drażliwe i niewygodne. Czy część Islandczyków to skryci rasiści? Czy grupa Polaków przybywa tam tylko po to, by uciec od problemów polskich, wpadając w szpony nałogów albo wykorzystując hojne islandzkie rozdawnictwo zasiłku dla bezrobotnych? Sporo w tej publikacji punktów newralgicznych – obrazujących zarówno polską niechęć do integracji, jak i islandzkie poczucie, że polscy pracownicy są jednak kimś gorszym. Małgorzata Budyta-Budzyńska barwnie opisuje miejsca prawdziwego kontaktu dwóch różnych mentalności, pokazując – a oddaje przy tym głos rozmówcom – czego obie nacje mogłyby się od siebie nauczyć.

Badaczka podjęła się trudnego zadania analizy społeczności, która od niedawna znajduje się na Islandii. To nie jest jeszcze pokoleniowa emigracja Polaków, gdyż dopiero teraz dorastają dzieci tych, którzy przybyli na wyspę najwcześniej. Ważne jednak, że w tak krótkim czasie status Polaków na Islandii zmieniał się i autorka pokazuje dynamikę tych przemian. Jednocześnie sporo mówi o istocie samej Islandii, wyróżniając ją spośród innych europejskich krajów, z którymi na przestrzeni wieków wyspa układała sobie relacje bardzo różnie. Ta narracja to rzecz o różnorodności i interesująco sportretowanych punktach zetknięcia się z tym, co odmienne i niekiedy fascynujące. Myślę, że ta publikacja to świadectwo uważności i konsekwencji w działaniach badawczych. Budyta-Budzyńska udowadnia, że można napisać książkę o polskich emigrantach na peryferiach, komponując te peryferia z szerokimi kontekstami rozważań.

2017-07-23

„Echo słońca” Waldemar Bawołek

Wydawca: Czarne

Data wydania: 12 lipca 2017

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W bezruchu

Waldemar Bawołek proponuje kameralną narrację o problemach męskości tak zwanego wieku średniego. Nie będzie to jednak zbiór wtórnych refleksji spod znaku Krzysztofa Vargi czy Jerzego Pilcha. Nie chodzi tylko o to, że tutaj jest bardziej czule, introwertycznie, z wrażliwością niemal kobiecą i wyczuleniem na każdy niuans. Bawołek w książce o dość pretensjonalnym tytule bardzo wnikliwie analizuje taki typ męskości, który w powieści egzemplifikuje określenie „bezbronny, były mężczyzna”. Narracja się broni, choć wchodzi w bardzo różne rejestry – czasem naiwne, niekiedy wtórne. Całość wypada świetnie, bo mimo wszystko jest spójna. Krajobraz duszy pięćdziesięciolatka, który opiekuje się matką i mieszka z nią w domu z ogródkiem, tocząc niespieszne życie na jego peryferiach, na bezpiecznym i przewidywalnym marginesie, tworzy historię o zastygnięciu. O tym, że jest oswojone i znane, choć wywołuje frustracje i lęki – innej formy (nie)gotowości na życie nie będzie. „Echo słońca” opowiada o dwojgu ludzi zdanych na własne ułomności. O tej najważniejszej w życiu relacji, która w przypadku narratora prowadzi do zwrotnej formy opiekuńczości, ale nie tylko. Matka i syn mają własną tożsamość, którą starają się podzielić. Bawołek teatralizuje te próby, ale jednocześnie zaznacza czasem bolesną symbiozę dwojga. Obok nich przemijanie, czasami rozpad (ścięta akacja), niekiedy śmierć kogoś, z kim do niedawna piło się piwo i rozmawiało o bzdurach.

Jak czytać tę powieść? Przede wszystkim z dużym otwarciem, bo nie jest tak, że autor zaznacza jakieś istotne tezy już we wstępie. Nazywa swego mężczyznę Skrytkiem, ale czytelnik dostaje się tam, gdzie nie ma wstępu nawet matka. Może przede wszystkim ona. Obok opisów codziennego życia, gdzie z kolegami w podobnych sytuacjach można poutyskiwać na świat w ogrodzie botanicznym czy na chyboczącej się werandzie, otrzymujemy kilka sennych nieco, ale bardzo sugestywnych wizji. Bawołek portretuje życie wewnętrzne mężczyzny, który wypadł z wielu ról i nie spełnił społecznych oczekiwań. Pozostaje matka, której jest wierny do końca. Ze świadomością, że ona go przeżyje, że jej wieczne narzekanie i próby sterowania dawno dorosłym synem dają pewne pokłady energii, dzięki którym to ona jest wiecznie górą, a on musi się podporządkować. Z bolącym sercem, którego kawałek jest martwy. I z niepokojem o to, że można odejść nagle, niespodziewanie.

Śmierć ujawnia swe oblicze w sposób dosłowny i fasadowy. Można odnieść wrażenie, że cała ta opowieść jest jakby o powolnym umieraniu, bo wszystko, co dotyczy życia, to sfera przeżyć, refleksji i faktów z czasu przeszłego. Oddech śmierci bohater Bawołka czuje na karku zarówno wtedy, gdy opisuje, co się wokół niego dzieje, jak i w intymnych fantazjach dotyczących możliwości, wobec których jest się często bezradnym. Rozprawiając się z własną przeszłością, Skrytek pragnie – na przekór śmierci – nadać sens tym resztkom egzystencji, o których można myśleć, bo dobrze się je pamięta. Wtedy szorstkość opowieści o tym, jak jałowe jest życie, przemienia się w specyficzną czułość. Bohater odnajduje siebie tam, gdzie nigdy nie poszukiwał odpowiedzi na pytanie o to, co dalej. „Dalej” chyba nie istnieje. Jest matka i nią trzeba się zająć. Kilka ulic w znanej okolicy. Spotkania ze znajomkami. Marzenia o czymś innym i utyskiwanie na oblicza polskości. W tym wszystkim człowiek o wrażliwej duszy, którego nieprzystawalność do świata obrazuje umiarkowana niepełnosprawność, ale myślę, że chodzi tu o pokazanie, czym jest niepełnosprawność społeczna. Ta emocjonalna nie ma miejsca, bo portretowany człowiek ma swą przestrzeń bogatych doznań. „Echo słońca” jest zatem opowieścią o emigracji wewnętrznej. Dlaczego wyróżniającą się? Ze względu na stylistykę, nieustanne zmiany w narracji, łączenie konwencji i zdań w zaskakująco dobrze funkcjonujących symbiozach.

Bawołek zręcznie łączy nostalgię z tragikomizmem, choć w niektórych fragmentach potrafi być irytująco pretensjonalny. Ale tak to jest z człowiekiem, który odsłania nam się w takim stopniu, w jakim nigdy nie śmiałby pokazać się światu. Oczywiście, że jest to kolejna gorzka opowieść o tym, jak trudno jest żyć w Polsce i jak niebywale trudno jest Polsce zaufać. To jednak kameralna historia. Przychodzi mi na myśl sugestywna „Zmarzlina” Tomasza Białkowskiego obrazująca to, co toksyczne w relacji dorosłego syna z matką. Bawołek wszystko łagodzi, nie stosuje jakichś wyraźnych kontrastów, nie odwołuje się do ludzkich atawizmów, nie gra na emocjach czytającego. Matczyna bliskość jest trudna i obwarowana pewnymi zobowiązaniami. Nie można porzucić, zostawić matki. Nie można starzejącego się rodzica w naszym kraju i naszej kulturze oddać instytucjom, które mogłyby się nim zaopiekować. „Echo słońca” to zatem nie tylko intymna historia. Znajomi bohatera są w podobnych sytuacjach – matka, ta zawsze potrzebna i kochana matka, staje się swoistym balastem i nikt nie ma żadnego moralnego prawa, by zacząć na ten balast narzekać. Utyskuje się zatem na system, na okoliczności, na codzienne przeszkody i drobne złośliwości każdego kolejnego dnia. Patrząc w ten sposób na tę niewielką powieść, można odnieść wrażenie, że tkwi w niej pewien publicystyczny nerw. Dorosłe dzieci obarczone opieką nad rodzicami. W tej narracji nie pada to stygmatyzujące słowo. Niepokój i rozdrażnienie widoczne są od początku do końca, ale nie ma zasadniczego diagnozowania problemu. A może jednak się pojawia?

Czymkolwiek jest powieść Waldemara Bawołka, to niewątpliwie świadectwo dużej wrażliwości w obserwacjach codziennego życia. To też historia o tym, jak można zbierać i utrwalać w sobie opowieści innych. Jak czuje się człowiek świadomie spowolniony w świecie tak dziko pędzącym do przodu. Swoisty eskapizm Bawołka to nie tylko środek do zdefiniowania tej wstydliwej męskości, wobec której narasta wiele tematów tabu. „Echo słońca” to książka z wydźwiękiem społecznym i egzystencjalnym. Bardzo dynamiczna, bo na przemian ujmuje i wywołuje pewien rodzaj irytacji. Myślę, że to książka– będąca świadectwem tych mężczyzn, których istnienie warunkują sprawy niedające im być do końca sobą. A mężczyzna niewpisujący się w kodeks oczekiwań względem niego będzie mężczyzną marginalizowanym. Autor niezwykle dokładnie portretuje ten margines, gdzie nikt już nie chce zaglądać. Gdzie mężczyzna to opiekun, który z trudem opiekuje się samym sobą. Warto przeczytać.

2017-07-20

„Tajemnica wyspy Flatey” Viktor Arnar Ingólfsson

Wydawca: Editio Black

Data wydania: 19 lipca 2017

Liczba stron: 252

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Księga i wyspa

Viktor Arnar Ingólfsson musiał czekać kilkanaście lat na spotkanie z polskim czytelnikiem i znakomite tłumaczenie, którego autorem jest niezastąpiony Jacek Godek. Islandczycy w zalewie nowości wydawniczych nie rozmyślają już może o „Tajemnicy wyspy Flatey”, ale to książka warta uwagi nie tylko dlatego, że portretuje idylliczne i enigmatyczne jednocześnie środowisko tej części kraju, która kiedyś była znaczącym punktem na mapie Islandii, a dziś jest tylko atrakcją turystyczną podczas rejsu promem po zatoce Breiðafjörður. Chodzi także o specyficzną niespieszność fabuły i dbałość autora, by oferować nam niekonwencjonalne rozwiązania i nietuzinkowych bohaterów. Kryminalna historia, która toczy się w 1960 roku, obrazuje nie tylko islandzką prowincję lata przed tym, gdy przestała ona istnieć (powieściowy wójt jest przekonany, że wyspa ma przyszłość, dziś jest już praktycznie niezamieszkana na stałe). Jej niemym bohaterem staje się ważna księga, Flateyjarbók. Ten średniowieczny manuskrypt działać będzie na wyobraźnię i poczujemy przez chwilę wpływy Dana Browna, ale Ingólfsson nie idzie w stronę efekciarskiej sensacyjności. Snuje rozważania o tym, w jaki sposób wierzenia, legendy, islandzkie sagi i pełne okrucieństwa narracje wpływają na ugodowych, pogodnych i przyjaźnie nastawionych do świata Islandczyków. Autor dyskretnie zaznacza granice między własną fikcją literacką a tym, o czym donosi księga. Flateyjarbók funkcjonuje jako punkt odniesienia w dwóch znaczeniach – to źródło ważnej do dziś obyczajowości, która kształtowała ludzi, i świadectwo bezwzględności w egzekwowaniu niepisanych nieraz praw. Właśnie wedle niepisanych praw każdy, kto wyniesie z biblioteki fragmenty księgi zawierające enigmatyczne zapisy, będzie musiał zmierzyć się z klątwą. Ze śmiercią, która nie nadejdzie nagle i w jakiś przewidywalny sposób. „Tajemnica wyspy Flatey” to historia niezwykle spokojnego miejsca, które ogniskuje w sobie mroczne wspomnienia, demony i ludzi przekonanych o żywotności zapisów z XIV wieku. Rozmowie o strukturze manuskryptu połączonej z odkrywaniem kolejnych kart zagadki towarzyszy główna narracja. Historia niekoniecznie przykuwająca uwagę od samego początku. Mająca jednak specyficzny klimat. Większość tego, co islandzkie, jest bowiem specyficzne.

Pewnego czerwcowego dnia mężczyźni trzech pokoleń przybijają do wyspy Ketilsey, by zastawić sieci na foki. Najmłodszy z nich odnajduje zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu. Ktoś został przywieziony na wyspę i pozostawiony samemu sobie. Nie wiadomo, jak długo trwała jego samotna męczarnia, ale denat zginął w konfrontacji z siłami natury. To jednak zagadkowa śmierć. Zmarłym jest znany duński profesor, którego historię stopniowo poznamy. Okazuje się, że na odległej islandzkiej wysepce byli ludzie mu bliscy. Pośród tych wszystkich, którzy nie wiedzieli nawet o jego istnieniu. Profesor usiłował rozwiązać zagadkę skrytą między stronami Flateyjarbók. Podróżował incognito, a jego związki z Islandią są silniejsze, niż na początku można przypuszczać. Co się wydarzyło? Dlaczego pozwolono temu człowiekowi umrzeć w trudnych warunkach przyrody?

Do Flatey z równie prowincjonalnego Patreksfjörður przybywa człowiek, któremu lokalny prefekt wyznaczył zadanie rozwikłania tajemniczej sprawy. Kjartan nie ma żadnych ku temu predyspozycji ani kompetencji. Nie jest policjantem, nigdy nie prowadził śledztwa, na Flatey miał w zasadzie załatwić kilka niezbędnych formalności. A jednak sprawa śmierci profesora staje się mu bliska. Z kilku powodów. Kjartan – modelowo stworzony przez autora przykład antybohatera – nosi w sobie mroczną tajemnicę, czym zaskakuje czytelnika. Nie tylko on skrywa niewygodne fakty z przeszłości. Także inny człowiek, który przybędzie z Reykjaviku, by na własną rękę węszyć, burząc spokój miejscowych. Ekscentryczny alkoholik w krótkim czasie dopiecze wielu mieszkańcom wyspy. Kim jest i dlaczego znalazł się na Flatey?

Ingólfsson wprowadza jeszcze jednego ważnego bohatera. Mało atrakcyjnego dla czytelnika stołecznego policjanta, którego zmuszono do prowadzenia odrębnego dochodzenia. Otyły, niezgrabny, skłonny do kompromisów, mało lotny. A jednak zaskakuje. Tak jak cała powieść, w której bohaterowie odsłaniają się stopniowo, tworząc barwną galerię postaci mimo wszystko mocno zdystansowanych do czytelnika. To taki islandzki dystans, ale też nie do końca. Chodzi o sprawienie wrażenia, że wewnątrz opisywanej historii po prostu nie można być. Można jedynie obserwować ją z oddalenia – dotykać faktów, ale nie emocji. Tych jest niewiele. Mieszkańcy Flatey nie rozmawiają o tym, co czują. Na wyspie w harmonii żyją ze sobą ci, dla których Flatey jest miejscem ucieczki od problemów i wyzwań cywilizacji. Kościelny, nauczyciel, wspomniany wcześniej wójt czy lokalna lekarka – każde z nich to potencjalny morderca. Ludzie doskonale się znają, a jednocześnie żyją we własnych światach. Solidarnie odwracają się od śmierci, albowiem ma moc przyciągania. Czy zgon duńskiego profesora, którego zwłoki przetransportowano na wyspę, przyniesie jeszcze inne ofiary śmiertelne? „Tajemnica wyspy Flatey” zmierza w pozornie przewidywalnym kierunku, ale islandzki autor zaburzy poczucie komfortu czytelniczego, proponując nam narrację dość zaskakujących rozwiązań finałowych.

To książka o ludzkiej naturze i ciekawości. Mówi pozornie o sprawach oczywistych, ale buduje na tych truizmach interesującą historię. O czym jeszcze jest ta powieść? O tym, że tajemnica przenoszona z pokolenia na pokolenie urasta do rangi czegoś legendarnego nawet wówczas, gdy jest zwykłym wymysłem. Może nawet zawsze wtedy, gdy nim jest, i nigdy nie jesteśmy w stanie odkryć, co było początkiem pierwotnej historii. Islandzki manuskrypt, wokół którego koncentrują się wydarzenia, to namacalny dowód na to, iż ludzie wciąż potrzebują opowieści sprzed lat, by w ich zawartości szukać ścieżek do porządkowania swojego życia. Zagadkowość tej powieści to nie tylko łamigłówka z Flateyjarbók. To także dość wyraźne sugestie mówiące nam o tym, że każdy człowiek jest dla drugiego zagadką. Każdego można podejrzewać o niecne czyny albo uznać, iż nigdy nie był nam bliski. To taki sztorm na oceanie spokoju, który tak cenią mieszkańcy islandzkiej prowincji. Ład ukształtowany przez powtarzalność i odcięcie od świata zaskakująco łatwo zniszczyć. Flatey jest centrum wszystkiego, bramą początku i końca świata. Malowniczo oddany nastrój codzienności wyspy sugestywnie konfrontowany jest z lękiem, jaki niesie ze sobą coś niezrozumiałego.

2017-07-17

„Świat dla ciebie zrobiłem” Zośka Papużanka

Wydawca: Znak

Data wydania: 22 maja 2017

Liczba stron: 224

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: O nas samych

Warto czasem zaskoczyć i zrobić coś innego, by ujrzeć, w jakim kontekście sytuują nas media. Zośka Papużanka po dwóch dobrze przyjętych powieściach zdecydowała się na opublikowanie opowiadań. Zebrało jej się za rzekomy spadek formy, literacką mieliznę, brak pomysłów na dalszy twórczy rozwój czy pójście na łatwiznę. Z tego, co zdążyłem zauważyć, autorka musiała się nawet tłumaczyć z tego, dlaczego to tym razem opowiadania. A przecież taka forma wyrazu zdaje się dużo bardziej intymna niż w przypadku dłuższej narracji. Odnoszę wrażenie, że „Świat dla ciebie zrobiłem” to zbiór dwunastu tekstów ujawniających wrażliwość autorki w dużo większym stopniu niż powieści. Opowiadania mają inną strukturę i domagają się czego innego – zarówno w procesie pisania, jak i potem, gdy podgląda się te obrazki namalowane słowem. Bo tak to chyba jest z tym zbiorem. Zestawem pejzaży emocjonalnych, które wydobyły się przede wszystkim z obserwacji życia. Udowodniły, że nie przekuwa się jego prozy na siłę w literaturę i niekoniecznie literacki ma być opis czegoś, co stawia na ulotność oraz sugestywność. Papużanka opowiada o różnorodności świata oraz tego, jak skomplikowane bywają relacje ludzi zasiedlających ten świat – przypadkiem, stanowczo, na długo, z determinacją, z obojętnością, ze strachem albo potrzebą zbliżania się do kogoś drugiego. Istotne jest tu opowiadanie o drugim człowieku z bardzo różnych perspektyw. Najbardziej przejmująco dzieje się to w opowiadaniu „212”, które jak żadne inne pokazuje, jakim wyzwaniem może być dla nas druga osoba w otoczeniu. Papużanka ponownie portretuje rodzinne relacje, ich złożoność i wyjątkowość w formach zachowań, jakie dobrze znamy. Może to być portret rodzinny z zaznaczeniem istotności czasu przyszłego jak w opowiadaniu „Daleko”. Może to być też intrygujące archaizowanie jak w „Śladach”, w których najważniejsze jest chyba to, co niedopowiedziane, i gdzie kryje się zagadka błyskotliwego tytułu.

Można sobie wydobywać z tej książki najbardziej zapadające w pamięć historie, można też podejmować się krytycznej analizy tego, co może być zbędne. Dla mnie słabością zbioru są miniatury literackie takie jak „Stracciatella” czy „Spotkałem opowiadanie”, które wydobywają się z niczego i zmierzają donikąd. Pozostaje jednak dziesięć naprawdę interesujących tekstów. Językowy nerw Zośki Papużanki każe jej tworzyć w różnych konwencjach, bawić się składnią, nurtować kierunkiem łączenia fraz. Bywa lekko, bywa też nieznośnie patetycznie jak w „Ursa maior”. Jest przede wszystkim przewrotnie i niejednoznacznie. Takie opowiadanie o kocie sąsiadów, z którym mają nie lada problem ci, co zdecydowali się na opiekę nad zwierzęciem pod nieobecność właścicieli. Jak dla mnie genialny tekst o tym, w jaki sposób stwarzamy względem siebie pozory, jak możemy być dla siebie fasadowi i co skrywamy za codziennymi uśmiechami. Nawet tymi z windy, rzekomo przelotnymi. Dla bohaterki „Szkody” ta sąsiedzka sympatia w zamkniętej przestrzeni podążającej w dół będzie początkiem małego prywatnego piekła. Tak, „Szkoda” czy „Każdy kot” to teksty trochę tragikomiczne, trochę groteskowe, bardzo jednak zapadające w pamięć. W tym zbiorze jest dużo więcej takich obrazków. Podglądania ludzi z bezpiecznej perspektywy, ale jednocześnie opowiadania o ich troskach nierzadko w odważnej pierwszoosobowej narracji.

Najważniejsze u Papużanki jest to, kim jesteśmy dla siebie samych. Jak bardzo możemy być zagadkowi, ale także jak oswojeni – we własnych neurozach, przyzwyczajeniach, potrzebach i oczekiwaniach względem innych. Otwierające zbiór opowiadanie snuje fantazje na temat niegotowości przeżywania intensywności świata w pojedynkę. Związek traktowany jest przez autorkę jako przestrzeń, w której coś nieustannie iskrzy. Bolesny brak interakcji obrazuje bohaterka wzruszającego tekstu „Trudno”. Pozostała sama. Bez dzieci mogących przypominać o ważnych chwilach w związku nawet wówczas, gdy trzeba już żyć w pojedynkę. Bohater „Kaprysu” – świetnego otwarcia zbioru – musi właśnie w pojedynkę przeżyć ten wolny czas, który był zarezerwowany dla niego i dla niej. Czy drugi człowiek jest specyficznym lustrem, w którym możemy się przejrzeć? A może jednak unikamy spoglądania w to lustro, bo bliska nam osoba wie więcej, czuje bardziej intensywnie i zwyczajnie przeraża nas fakt, że każdą słabość i ułomność jest w stanie akceptować?

Autorka „Szopki” zamyka książkę tekstem, w którym stałość i niezmienność przekazywanych sobie przedmiotów skonfrontowane są z upływem czasu oraz tym, jak my na ten upływ czasu reagujemy. „Cykady” dość wyraźnie zaznaczają, że związek uznawany za pewnik i punkt odniesienia jest na mapie mijającego czasu niczym, a nasze próby wrośnięcia w drugiego człowieka i relację z nim mogą być jedynie fasadowe – stają się ledwie marnymi próbami zatrzymania dla siebie czegoś, co nigdy nie będzie na stałe. Myślę, że „Świat dla ciebie zrobiłem” to taka książka koncentrująca się na bolesnym zderzeniu spraw zdałoby się pewnych i niezmiennych z innym kontekstem spojrzenia na nie. Papużanka opowiada o wszystkim, co nas dręczy i zachwyca, ale jednocześnie wtłacza to w obraz czegoś szerszego, niezwracającego uwagi na nasze prywatne dramaty i radości. Okazuje się czasem – jak w „212” – że bardzo chcemy być osobni, gdyż wówczas łatwiej nam znieść świadomość tego, iż wcale nie jesteśmy wyjątkowi. I wszyscy, w związkach i zatomizowani, naprawdę na chwilę. W świecie, który czasami ktoś inny musi dla nas zrobić.

Myślę, że należy czytać opowiadania Papużanki przede wszystkim ze świadomością tego, iż autorka niczego nie chce nam narzucać. Nikogo ani niczego w tych prozach nie krytykuje. Nie ocenia, nie stygmatyzuje, nie interesują jej frustracje i złości, a jedynie dynamiczne zderzenia ludzi sfrustrowanych i czasami złych – na samych siebie. Świat dla ciebie zrobiłem” to zbiór literackich prób opowieści, które nie stawiają sobie za zadanie definiowania przedstawianych zjawisk. To zbiór obrazków z naszego życia tak ujętych, żeby trochę ujrzeć w nich siebie, a trochę ten świat w szerszym kontekście. Słowo tłumaczy, ale wywołuje też poczucie zagubienia. Papużanka jest swobodna, bezpretensjonalna i uczciwa w tym, co nam opowiada. To jej punkt widzenia i jej perspektywy. Sugestywne i bez narzucanej tezy. Przyjemna książka o czasami nieprzyjemnych sprawach. O człowieku, którego się podgląda, podsłuchuje, staje obok niego, traktując z empatią. Warto!

2017-07-09

„Koala” Lukas Bärfuss

Wydawca: Wydawnictwo Ossolineum

Data wydania: 27 czerwca 2017

Liczba stron: 176

Przekład: Arkadiusz Żychliński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Cywilizacja wobec samobójstwa

Książki Lukasa Bärfussa nie są prezentowane polskiemu czytelnikowi przez wydawnictwa głównego nurtu, ale cieszę się, że są tłumaczone i się ukazują. Szwajcarski pisarz jest ważny nie tylko dlatego, że jego literatura sytuuje się w iskrzących kontekstach społecznych i pokazuje, w jakim kierunku podąża cywilizacja europejska. Bärfussa charakteryzuje także wyjątkowa stanowczość w stawianiu wielu mrocznych pytań retorycznych. Obserwując kierunek rozwoju bliskiego nam świata, odwołuje się do jego peryferii. Tak było w „Stu dniach” analizujących kwestię ludobójstwa w Rwandzie przez pryzmat człowieka z cywilizacji, która chciała, ale nie mogła zapobiec rzezi. „Koala” – druga powieść – ucieka w zupełnie inny wymiar peryferyczności. Chodzi o ten egzystencjalny margines, na którym ludzkość mierzy się z aktami samobójstw. Autor wskazuje nie tylko tę niewygodną nieprzystawalność owych aktów, ale analizuje także kondycję społeczeństw, które problem odbierania sobie życia uznają za temat tabu. Samobójca nie jest człowiekiem, którego czyn – być może jedyny egzemplifikujący możliwość wolnego wyboru – podlega jakimkolwiek analizom. Samobójcę grzebie się poza przestrzenią cmentarza. Odsuwa się go pośmiertnie od pozostałych, którzy przecież nie przegrali własnego życia, bo przeżyli je do końca. Czy akt samobójstwa staje się automatycznie świadectwem zmarnowanego istnienia? Czy samobójcy to ci, którzy nie sprostali wymogom społeczeństwa, nie poddali się dyktatowi świata działania, wybierając pewien rodzaj bierności, nie tworząc swym nagle przerwanym istnieniem prawdziwej biografii? To tylko kilka z pytań stawianych w „Koali”. Powieści pełnej niepokoju, pewnego rodzaju stanowczości, ale ukazującej także ludzką bezradność. Bezradność wobec świadomego wyboru końca. Czy witalizm społeczeństw, które takiego wyboru nie akceptują, to świadectwo dojrzałości i odwagi?

Narrator książki przyjeżdża w rodzinne strony, by wygłosić wykład o von Kleiście. Nie spodziewa się, że kwestia samobójstwa zaabsorbuje go w innym wymiarze niż ten, w jakim opowiada o niemieckim twórcy. Spotyka się z bratem, który w przeciwieństwie do narratora nigdy nie opuścił rodzinnych stron. Kiedy brat żegna się i odjeżdża na błękitnym rowerze, to ostatni moment, w którym opowiadający historię widzi go żywego. Rzeczy po mężczyźnie szybko znajdują nowych właścicieli. Niczego innego po sobie nie zostawił. Wszystko przed śmiercią rozdysponował. Może poza bezdomnymi, osobnymi i dramatycznymi wątpliwościami. Pytaniami, wobec których jest już obojętny. Co następuje potem? Brak poczucia tęsknoty czy werbalizowania jakiejkolwiek formy braku. Kompulsywna potrzeba poradzenia sobie z zaistniałą pustką, którą nie tyle należy wypełnić treścią, ile najlepiej jak najszybciej się jej pozbyć. Pewna złość na człowieka, który tak metodycznie zaplanował swoje odejście, że zadbał również o to, by jego ciało nie sprawiało żywym większych problemów. Zaczyna się proces szukania odpowiedzi na pytania o to, co się naprawdę stało. Bardzo mi ta narracja przypomina powieść Grega Baxtera „Lotnisko w Monachium”, w której brat staje wobec podobnej zagadki, gdy siostra głodzi się na śmierć, pozostawiając go w kręgu wielu pytań bez odpowiedzi. Bärfuss i Baxter portretują ludzką samotność w podobnym tragicznym wymiarze. Żywi muszą walczyć z wątpliwościami, które rozwiali już martwi, decydując się na odejście. Pozostają niepokój i poczucie, że żyło się w wyraźnym oddaleniu od tych, których już nie ma. Że atomizowanie jest cechą dystynktywną współczesnych społeczeństw i dopiero akt autoagresji zakończony śmiercią każe na ten stan spojrzeć z nieco innej perspektywy.

Narrator „Koali” szuka perspektyw opisu i wyjaśniania. Niewiele daje mu wspominanie wspólnego życia z bratem i szukanie tych momentów, w których decydował o przeciwstawieniu się wszelkim nakazywanym formom życia społecznego. Zmarły zawsze był cieniem aktywnego brata, który podjął wyzwanie cywilizacyjne i stał się trybikiem w mechanizmie wiecznej pracy, zdobywania, osiągania sukcesów i stawiania sobie kolejnych celów. Samobójca Lukasa Bärfussa odpuszcza to wszystko. Dla społeczeństwa jest niewygodny. Niekompatybilny z dynamiką codzienności, która każe intensywnie żyć. Czym jest ta intensywność? Czy jest jakikolwiek powód, dla którego można byłoby odmówić jej człowiekowi decydującemu się żyć inaczej, wbrew wszystkiemu, na przekór wszystkiemu? Kiedy wspomnienia okazują się niewystarczające, narrator powieści podejmuje się trudu sięgania do historii, literatury oraz filozofii. Chce odkryć, dlaczego brata nazywano koalą. Konstruuje pewien mit o zwierzęciu, sięgając w przeszłość, obrazując szaleńczą ludzką gonitwę zwykle zakończoną śmiercią. Tą śmiercią akceptowalną, bo wytłumaczalną. Zmienia się tonacja książki. Czytamy o historii ludzkości, która w swych podbojach, wojnach, okrucieństwach i bezrefleksyjnym zdobywaniu świata zapomina, że stabilność istnienia to czasem bierność, wycofanie i trwanie w opozycji. Bo takie jest zwierzę, którego kolonizatorzy Australii określają mianem futrzanego dziwaka – warto go zbadać bliżej, ale nie można zrozumieć. Czym są opowieści z przeszłości i jaką diagnozę stawiają wobec tego, co teraźniejsze? Wobec ludzkich wyborów dyktowanych czymś innym niż konteksty i oczekiwania społeczne?

Zbudowana dychotomia przejawów życia koali i ludzkości brzmi o tyle zastanawiająco, że wcale nie przybliża do zrozumienia zagadki śmierci pojedynczego, bliskiego narratorowi człowieka. Znaczące jest zakończenie powieści, ale dużo istotniejszy cały proces mierzenia się z niezrozumiałym. Czy Lukas Bärfuss opowiada o katastrofie samobójcy czy o katastrofie cywilizacji, która w tak zaskakujący sposób kazała mu istnieć na swych peryferiach? „Koala” to nie tylko egzystencjalna rozprawa ze światem, którego dynamika wciąż na nowo piętnuje różne formy pasywności. To także opowieść o świecie, w którym ludzkie wyobcowanie nie jest stygmatem, lecz przejawem pewnego rodzaju odwagi. „Koala” opowiada o zniewoleniu cywilizacji i o społecznych aspektach poczucia własnej wolności. O granicach między istnieniem a wegetacją ludzką, które domagają się pytań, określania na nowo. Bärfuss prowokuje i przygnębia. Z drugiej strony dzięki tej powieści wyraźnie sygnalizuje wstydliwe momenty w życiu człowieka, które zmuszają go do głębszej refleksji o życiu. Zwykle w konfrontacji z jego końcem.

2017-06-30

„Na północ jedzie się, by umrzeć” Ida Linde

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 18 maja 2017

Liczba stron: 196

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Ucieczki, poszukiwania

Trzecia wydana w Polsce książka Idy Linde jest bardzo filmową opowieścią. Nie tylko dlatego, że rozpoczyna ją spektakularna narracja o dwójce ludzi, którzy pozostawiają po sobie trupy, kontynuując szaleńczą podróż, podczas której chcą wyrwać z siebie tę intensywność istnienia, jakiej odmawiali sobie wcześniej z różnych powodów. Linde pokazuje, że każde życiowe zdarzenie zazębia się w biografiach wszystkich ludzi, którzy w nim uczestniczą. Stąd też panoramiczna perspektywa, późniejsze opowiadanie o losach wszystkich pośrednio lub bezpośrednio związanych z wydarzeniami otwierającymi książkę. Zdaje się, że tym razem będzie to coś innego, ale autorka konsekwentnie wraca do znanej nam poetyckiej stylistyki. Opowiada o ludziach, których łączy niecierpliwe oczekiwanie na zmianę. Takich, którzy boją się tych spodziewanych zmian, lecz wiedzą, że są one konieczne. Doświadczonych śmiercią. Linde obnaża swoich bohaterów, ich słabości, troski oraz tęsknoty. Pisze w sposób sugestywny o roli pamięci i zapominania. Stawia pytania o to, czym są i jak kształtują tożsamość. Prowadzi nas przez świat, w którym więcej chciałoby się usunąć z pamięci niż jej przywrócić. Czule, pięknie, ze zdaniami osiadającymi gdzieś w umyśle na zawsze. Jak to, gdy bliskość portretowana jest frazą „zlizuje z jej skóry niepokój całego świata”.

Tak, to w dużej mierze opowieść o ludzkim niepokoju. O tym, że nigdy nie jesteśmy gotowi na śmierć bliskich ludzi, a jednocześnie zdarza się, że bardzo jej pragniemy. Przeszłość odgrywa tutaj zasadniczą rolę, ale wydobywane są z niej tylko punktowe zdarzenia. Te naznaczające potem na zawsze i uniemożliwiające wydobycie się z lęków. Bohaterowie książki boją się i nie mogą nic zrobić ze źródłem swego strachu. Są w swoistym stanie oczekiwania. Może być jeszcze gorzej? Chwiejące się fundamenty świata mogą zatrząść się bardziej? Niewątpliwie Sara i Benjamin, których historia otwiera „Na północ jedzie się, by umrzeć”, stają wspólnie wobec takiej sytuacji granicznej. On ze swym nieokiełznanym buntem i złością na świat. Ona pragnąca po raz pierwszy w życiu poczuć, że należy sama do siebie. Ruszają w krótką, acz intensywną podróż. Benjamin strzela do ludzi. Sara obserwuje. Dzika namiętność idzie w parze z wyostrzonymi zmysłami, które nie pozwalają na analizę tego, co się dzieje. Ben nie chce być cieniem, którym był zawsze. Sara chce pożegnać w sobie ten dom rodzinny, w którym wszystko zawsze było obce, do wszystkiego trzeba było się dostosować. Oboje mają swoje tajemnice. Wystarczą im fizyczna bliskość, doświadczanie adrenaliny i podróż. Ale to nie jest powieść drogi. Ida Linde chce uruchomić pewien mechanizm przypominania sobie. Bena i Sary, ale także ludzi, z którymi powiąże ich mordercza wycieczka.

Dlatego różnorodne perspektywy to zasadnicza zaleta tej książki. To nic, że może ich być zbyt wiele. Że przy niektórych historiach autorka nie ma zasadniczo nic do powiedzenia, ale potrafi mimo to zaczarować słowem. „Na północ jedzie się, by umrzeć” to niekoniecznie najlepsza z narracji Linde, ale taka, w konfrontacji z którą widzimy, czym może stać się człowiek w zderzeniu z odejściem, tym ostatecznym końcem. To opowieść pełna pytań stawianych dyskretnie i jakby obok fabuły. Nasycone emocjami bohaterów historie pochłaniają, chwilami każąc zapomnieć o tym, co je łączy. A to, co przydarzyło się Benjaminowi i Sarze, to dopiero początek. Śledząc losy jego siostry, poznamy bliżej motywacje Bena. Zamknięta w więzieniu towarzyszka niedoli Sary będzie próbowała analizować motywy jej postępowania. W gruncie rzeczy nie chodzi o to, dlaczego stało się to, co się stało, ale o fakt ujrzenia danego zdarzenia w perspektywie, na którą nas nie stać, bo jesteśmy tylko skoncentrowanymi na sobie egocentrykami. Niezdolnymi do wyjścia poza sferę własnych przeżyć, ale jednocześnie bardzo w tym sfrustrowanymi samotnikami. Każdy jest samotny, choć stara się za wszelką cenę odnaleźć drugą duszę, drugie ciało obok siebie.

Autorka „Poleciały w kosmos” po raz kolejny analizuje pęknięcia i niedomówienia w relacjach między rodzicami a ich dziećmi. Sara w swą hedonistyczną podróż z Benem zabiera wspomnienia o ojcu, który był dla niej wiecznym punktem odniesienia do wszystkiego. Wiecznym bólem i źródłem opresji. Ben wspomina swą matkę, która żyła w wiecznym przekonaniu, że każda katastrofa jest możliwa. Możliwe jest wszystko to, czego sobie nie powiemy w relacjach z naszymi rodzicami. Ida Linde portretuje, w jaki sposób budujemy mury i jak trudno je potem zburzyć. Jak bardzo dziecko chciałoby być osobną i integralną jednostką, a jak wiele bierze na swoje barki i musi nieść przez życie jako balast po rodzicach. Zależności, które w bardzo delikatny sposób portretuje szwedzka pisarka, wikłają bohaterów w nietrafione wybory albo sytuacje, w których muszą z różnych powodów milczeć, a cierpienie przeżyć gdzieś wewnątrz siebie. Bohaterowie tej książki nie zostali okaleczeni przez życie, lecz przez żywych ludzi, tych prawdopodobnie najbliższych. Przybywają do nich po jakimś czasie, po tym koniecznym czasie oddalenia. Wciąż są sobie obcy, bo nie potrafią pojąć, co wydarzyło się w przeszłości. Jak ukształtowane zostały te smutne relacje, w których nie mogą się odnaleźć.

Ida Linde pisze o niegotowości na umieranie i o śmierci jako najbardziej granicznym ludzkim doświadczeniu. Także o czułości, z której może zrodzić się miłość. O deficytach miłości, które potem toną w milczeniu. Te wszystkie historie tworzące zaskakująco spójną całość mogłyby stanowić – jak wspomniałem – materiał do świetnego scenariusza filmowego. Do filmu wielu twarzy i sytuacji, ale jednego poczucia niepewności, w którym czai się albo strach, albo też rozpaczliwy hedonizm. Ktoś szuka własnej śmierci i nagle ją odnajduje w najbardziej nieoczekiwanych okolicznościach. Ktoś od śmierci chce uciec, ale odejście kogoś z otoczenia uświadamia mu, że to niemożliwe. Ktoś komuś chciał powiedzieć coś ważnego, ale nie zdobył się na odwagę. Ktoś wykonał znaczący gest, jednak został on błędnie odczytany.

„Na północ jedzie się, by umrzeć” to historia z bardzo szwedzkim adresem. Przemierzanie przestrzeni ma wymiar symboliczny nie tylko w tym znaczeniu, że konkretne miejsca i zdarzenia osadziły się w pamięci i powodują bezradność. Że trzeba gdzieś uciekać, dokądś jechać, przemierzać te urokliwe szwedzkie pejzaże i chronić się w jakiejś malowniczej prowincji. Linde z czułością ukazuje piękno Szwecji skontrastowane z wyobcowaniem jej Szwedów związanych z danym regionem i określoną tradycją, ale wydobywających się gdzieś poza nie… by ocalić siebie. Także przed śmiercią w znaczeniu dosłownym. Benjamin zabija bez skrupułów. Towarzysząca mu Sara będąca policjantką przestaje służyć prawu, zezwala sobie na dzikość. Ta pełna ekspresji para uruchamia pewien mechanizm przypominania. Wszystko ma być formą sprzeciwu wobec chaosu końca ostatecznego. Wobec śmierci, która stygmatyzuje, czasem uwalnia, zawsze jednak zaznacza, że nie będzie innego czasu ani miejsca, by uporządkować swoje sprawy. Wewnątrz siebie.

2017-06-27

„Ciemna rzeka” Arnaldur Indriðason

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 288

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rany na zawsze

Arnaldur Indriðason tym razem napisał powieść z niezwykle ważnym i zawsze elektryzującym opinię publiczną wątkiem głównym. Chodzi o gwałt. I o to, że zaciera nam się standardowe współczucie dla ofiary i potępienie dla kata. Dlaczego? Dlatego, iż już na wstępie dowiadujemy się, że ofiarą brutalnego morderstwa pada mężczyzna uwodzący w klubach kobiety i gwałcący je, gdy tkwią w nieświadomości po zażyciu tak zwanej pigułki gwałtu. Indriðason przy tak delikatnym temacie stawia na zmianę. Wysyła swojego detektywa Erlendura Sveinssona gdzieś na wschód Islandii, a śledztwo powierza kobiecie – policjantce z Reykjaviku o imieniu Elinborg. Skutecznej, błyskotliwej, uważnej i empatycznej. Przede wszystkim w podejściu do ofiar. Bo „Ciemna rzeka” to przede wszystkim głębokie studium psychologiczne tego, co dzieje się z kobietami, które zaznały okrucieństwa gwałciciela. Status takiej ofiary przedstawiony jest wielowymiarowo, w kontekście kilku historii i z bohaterkami, które różnie reagują – łączy je pewne wycofanie i wewnętrzny smutek, dzieli sposób wyrażania emocji. Myślę, że Arnaldur Indriðason tym razem zdecydował się na beletrystyczną publicystykę, a nie powieść kryminalną z krwi i kości, choć Elinborg robi, co może, by detektywistyczny sznyt tej prozy był cały czas widoczny. Nie tylko w Islandii zgwałcone kobiety stają się ofiarami żyjącymi w mroku codzienności nawet do końca swoich dni. Nie tylko tam śmiesznie niskie wyroki dla sprawców sankcjonują kolejne akty okrucieństwa. To zatem powieść z uniwersalną wymową. Tak też skonstruowana, że każdy, kogo przesłuchuje Elinborg, mógłby teoretycznie być sprawcą morderstwa. I każdego czytelnik obdarzy sympatią.

Denat leży z poderżniętym gardłem w mieszkaniu, do którego przyprowadził swoją kolejną ofiarę. Na miejscu pozostają pewne ślady wskazujące na to, że właśnie dziewczyna mogła popełnić zbrodnię. Czyżby gwałciciel trafił wreszcie na równą sobie przeciwniczkę, a ta zadała cios także za krzywdy innych kobiet? Elinborg długo nie może poskładać w całość poszlak, które nie wskazują jednoznacznie na tego, kto zabił. Cięcie na szyi było precyzyjne. Mogłaby to zrobić kobieta, bo ślad nie sugeruje, że sprawca robił to z jakąś większą brutalnością. Policjantka musi zmierzyć się nie tylko ze śladami prowadzącymi do kolejnych osób zamieszkujących stolicę, ale przede wszystkim udać się na islandzką prowincję, by porozmawiać z matką zabitego i zgłębić szczegóły jego życia. Arnaldur Indriðason doskonale portretuje zamkniętą przed światem mikrospołeczność, która jak mantrę powtarza, że u nich nigdy nie dzieje się nic złego. Okaże się, że jedna wizyta może nie być wystarczająca. Że to, czego Elinborg poszukuje na ulicach i w domach Reykjaviku, jest tajemnicą z zupełnie innym adresem…

Autor klasycznie portretuje swoją bohaterkę, podkreślając dylematy, jakie wiążą się z łączeniem trudnej pracy z obowiązkami żony i matki. Elinborg nie ma może za sobą tak traumatycznej przeszłości jak Erlendur i jest charakterologicznie zupełnie inna od kolegi z pracy, niemniej widzimy, że też zmaga się z dużymi trudnościami, przede wszystkim w scalaniu rodziny. O ile partner jest podręcznikowym przykładem idealnego mężczyzny u boku, o tyle najstarszy syn unika kontaktu z matką. Tak jak wielu Islandczyków emocje przekazuje w sieci, blogując o sprawach, które niepokoją matkę. Ten zaskakujący ekshibicjonizm to jeden z przejawów akcentowanej w powieści zachodniej mody, której Islandia poddaje się zadziwiająco łatwo. Szybkość życia, kalekie relacje z najbliższymi, deficyt wspólnie spędzanego czasu – Indriðason dyskretnie sugeruje, że to wszystko przybyło z europejskiego kontynentu, że Islandia kiedyś taka nie była, a jej prawdziwe oblicze to prowincja portretowana przy okazji odwiedzin Elinborg w rodzinnych stronach zamordowanego.

Oblicze Islandii jest jednak konsekwentnie mroczne, bo autor nie zmienia tonacji i stara się po raz kolejny portretować wszystkie pokłady smutku, jakie tkwią w ludziach. Tym razem skupia się na skrzywdzonych kobietach, choć rola mężczyzn będzie też bardzo istotna, komplikując fabułę i skłaniając do innych niż początkowe tez na temat zabójstwa. Mamy ofiary, które nie pamiętają momentu gwałtu. Kobiety zmuszone do tego, by swój lęk nosić gdzieś głęboko w sobie i nigdy już nie zaufać tak, jak ufały wcześniej. Ale w „Ciemnej rzece” poznamy nie tylko takie bohaterki, które dźwigają swe brzemię, walcząc jednak o spokój i harmonię. Nie każdej ofierze gwałtu dane jest odzyskać komfort życia, jakie wiodła przed brutalnym atakiem. Elinborg, strofując nieco swego porywczego partnera, odkrywa dzięki swej delikatności sieć powiązań między zabitym a ludźmi z jego otoczenia – tymi mu nieznanymi i tymi, z którymi wchodził w jakiekolwiek relacje. Arnaldur Indriðason buduje portret psychologiczny przestępcy, nie dając jednak wyraźnych odpowiedzi na pytanie o to, co nim kierowało. W bardzo sugestywny sposób przedstawia nam jednak krajobraz mentalny po tym, co zrobił. Dlaczego jego ojciec nie żyje? Dlaczego matka nie utrzymuje z nim kontaktu? Jaką mroczną tajemnicę zabrał z rodzinnych stron do Reykjaviku? Tak, nic na początku nie zapowiada tak spektakularnego zakończenia. W dużej mierze przewidywalnego, a jednak wyjątkowego. Nie współczujemy mężczyźnie z poderżniętym gardłem, ale nie mamy też jednocześnie pojęcia o tym, jak mroczny zasięg miało to, co czynił kobietom. „Ciemna rzeka” to nie tylko książka o pokładach okrucieństwa, ale także o ludzkich słabościach oraz honorowej formie zemsty.

Nieobecność Erlendura zaznaczana jest kilka razy. Detektyw zniknął. Ten wyraźny brak spaja się z historią sprzed lat – zaginionej dziewczyny, która być może miała do czynienia z zamordowanym gwałcicielem. Indriðason sprawnie łączy kilka enigmatycznych opowieści, oddając nam do rąk dobrą powieść o charakterze thrillera. Niby nic się nie dzieje, a jednak wewnątrz portretowanych ludzi przewalają się emocjonalne burze, jest ich coraz więcej, są coraz bardziej mroczne. Jedno zabójstwo i niespieszne retrospekcje ujawniające szczegóły feralnego wieczoru. Do tego ten islandzki chłód odczuwany w wymiarze rzeczywistym i symbolicznym. Całkiem niezła powieść z wielkim nieobecnym. Arnaldur Indriðason idzie znaną sobie ścieżką, nie eksperymentuje formalnie, w zasadzie wciąż opowiada te same smutne historie. A jednak ta jest wyjątkowa. Dotyczy krzywd, których nigdy nie da się zrekompensować. Bólu i poniżenia, które trzeba nieść ze sobą całe życie. Czasem jest to jednak ciężar nie do uniesienia…

2017-06-25

„Matka i córka” Jenn Díaz

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 6 czerwca 2017

Liczba stron: 216

Przekład: Andrzej Flisek

Oprawa: twarda

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Świat kobiet

Kompletnie nie przekonuje mnie to, o czym pisze Jenn Díaz. Nie tylko z powodu przepełnienia dość pretensjonalną frazą, którą – odnoszę takie wrażenie, obserwując, jak autorka minimalizuje dialogi swoich bohaterek – Díaz opowiada o dramatach kobiet męczennic. Nie chodzi o ich konstrukcje psychiczne i o to, że portretowane są jako te, które zawsze wiedzą, co powinny robić i co im wypada, wtłoczone w sztywny gorset konwenansów. Chodzi przede wszystkim o to, że „Matka i córka” nie opowiada żadnej naprawdę interesującej i nowej historii, tonąc w krzywdzących stereotypach o tym, jak to synowie opuszczają domy, córki zaś w nich grzęzną na zawsze, czy przytaczając truizmy rodzaju „każdy jest, jaki jest”, siląc się na dramatyzowanie w momentach, w których widać te hiperbole bardzo wyraźnie. Jenn Díaz stara się niuansować wszystko to, co łączy i dzieli bohaterki tej krótkiej powieści. Nie wychodzi jednak poza oczywisty kontekst i nie proponuje nam niczego odkrywczego. Zarówno trudne sytuacje, w których kobiety muszą mierzyć się ze sobą, jak i podejmowane przez nie decyzje – wszystko trąci wtórnością i nudą, wydaje się kopią kolejnej kopii. Nie ma w tej historii żadnego punktu kulminacyjnego, żadnego elementu zaskoczenia, a i tytuł wydaje się niezbyt trafnie dobrany, bo powieść koncentruje się przede wszystkim na relacjach dwóch sióstr. Czyta się to wszystko z narastającym znużeniem – źródła opresji nie są dramatyczne, a groteskowość zachowań potwornie irytuje. Hiszpańska pisarka opowiedziała o kobiecej bierności i buncie wyrażanym w milczeniu. Chciała sportretować środowisko, w którym kobiety nadają sobie nawzajem znaczenia. Opisała dom histeryczek, hipochondryczek, nieporadnych gospodyń, dąsających się panien i kobiet uwieszonych – dosłownie i w przenośni – na męskich ramionach, bo tylko one zdają się nadawać wartość ich życiu i działaniom.

Wszystko zaczyna się od śmierci głowy rodziny. Męskiej głowy oczywiście. Odchodzi ktoś, kto funduje kobietom swojego domu śmierć wielu funkcji i ról. Także tego sprawiedliwego sędziego, który zawsze wygaszał spory, a te naturalnie zaczną narastać, gdy siostra, żona i córki zmuszone będą do tego, by uporządkować niuanse życia rodzinnego bez wyroczni, ostatecznego słowa, potwierdzenia słuszności lub niesłuszności poczynań. To nie tylko powieść z wielkim nieobecnym w tle. Mężczyźni u Jenn Díaz wywierają na kobiety ogromny wpływ, ale sami przedstawiani są jako ci słabsi, niekonsekwentni, niezdecydowani. W końcu interesujące okaże się dla autorki uśmiercenie jeszcze jednego. Żeby było bardziej dramatycznie, żeby pokazać, co kobiety są w stanie znieść albo unieść na swych wygiętych od wzruszania z obojętności ramionach.

Zostawmy mężczyzn, bo są dość miałkim tłem dla rozważań o tym, co czują i jak działają cztery kobiety. Gloria pożegnała męża ze świadomością, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Dorastające córki przynoszą coraz więcej utrapień. Ekstrawertyczna Angela jako ta starsza toruje sobie drogę życiową z pewną konsekwencją i nonszalancją jednocześnie. To z niej powinna brać przykład ugodowa Natalia wikłająca się w trudny związek z żonatym mężczyzną. Natalia wywołuje rozczarowanie Glorii. Jej poczucie zdrowego rozsądku nijak ma się do tego, co ze swym życiem robi młodsza córka. Gloria potrafi wpaść w szał, gdy porządek spraw nie jest taki, jak ona go przewiduje i planuje. W związku z tym między matką a córką narasta konflikt. Koturnowy i mało dramatyczny. Dużo ciekawsze są tarcia między siostrami – owdowiałą Glorią i przywiązaną do rodziny w każdym możliwym znaczeniu Dolores.

Tak, to zdecydowanie najbardziej warta czytelniczej uwagi postać. Dolores była cieniem rodziny swego brata, mocno przywiązana do wszystkiego, co stworzył. Zawsze na drugim planie i konsekwentnie samotna. Dumę i upór egzemplifikuje jej znamienne milczenie. Dolores żyje do środka, nie chce zdradzać światu swoich emocji. Gloria to wszystko wykorzystuje, zazdrosna o siostrzaną harmonię w jej ugodowości względem świata. Dolores po śmierci brata odkrywa, że życie może mieć inny wymiar i priorytety. Zaangażuje się w znajomość z mężczyzną, który chciałby odmienić jej los, uczynić swoją żoną. Tymczasem Dolores przywiązuje się bardziej do jego córki, stając się dodatkowo domową spowiedniczką. Przejmując – nieświadomie – rolę swego brata, który łagodził animozje. Naznaczona smutkiem Dolores jest najbardziej konsekwentna w swych wyborach. Ze swym dość ciasnym, ale uporządkowanym systemem wartości. Trzyma dystans do swojego adoratora, bo dostrzega, co mężczyźni robią z jej bratanicami. Jest silna siłą milczenia i odmowy – także uczestnictwa w życiu, które planują dla siebie porzucone przez głowę rodu kobiety.

Jenn Díaz buduje bardzo statyczną narrację, w której mamy dostrzec, że ogrom kumulowanych emocji oraz przeżyć bohaterki zatrzymują gdzieś wewnątrz siebie. Nie tyle nie pozwala nam zauważyć, co dzieje się w zranionych duszach i sercach, ile przede wszystkim chyba nie ma pomysłu na to, czym owa tajemnica ma być, czym są jej składowe. Podążając mocno już wyeksploatowaną literacko ścieżką odkrywania kobiecej tożsamości, nie otrzymujemy w gruncie rzeczy niczego, co wzbudziłoby zaciekawienie, prawdziwe zafrasowanie, niepokój. Díaz pisze tak, jakby stworzyła opowiadanie na konkurs literacki, ale zdecydowała, że należy je pogłębić i w jej mniemaniu uwiarygodnić psychologicznie. Niewiele z tego wyszło. Matka i córka” to powieść zmarnowanego potencjału. Historia przemilczanych spraw, ukradkiem wylewanych łez i opowieść o różnych formach niespełnienia oraz samotności. Mało sugestywna, niestety. Jenn Díaz chce, by jej bohaterki iskrzyły właśnie przez swą szarość, różne formy blokad i niemożność wyrażenia siebie. Można z takiego konceptu stworzyć intrygującą narrację psychologiczną. Autorka wolała pójść w schematy i obdarzyć nas zwyczajnie przeciętną książką o przeciętnych kwestiach. Dobrana tematyka nakazywałaby większą empatię… do własnych bohaterek. Zabrakło mi tego. Dobrej frazy i przykuwających uwagę dylematów. Senność i rozczarowanie – towarzyszą chyba od samego początku do końca tej powieści. Szkoda.

2017-06-22

„Tęsknota” Gaël Faye

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 14 czerwca 2017

Liczba stron: 272

Przekład: Katarzyna Marczewska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rany dzieciństwa

Gaël Faye napisał poruszającą powieść opartą na własnych wspomnieniach, która bardzo przypomina „Rybaków” Chigioze Obiomy. To także książka o rozpadzie, przede wszystkim rozpadzie rodziny – u Obiomy z nigeryjskim, u Fayego z burundyjskim adresem. Obie książki przypominają o tym obliczu Afryki, o którym nikt nie chce pamiętać. O przemocy uwarunkowanej wiarą w coś, co ostatecznie niszczy, a nie wyzwala. „Tęsknota” to przejmująca narracja o dwóch postaciach – młodziutkim Gabrielu, któremu wojna i przemoc odbierają dzieciństwo, oraz jego matce popadającej w szaleństwo w konfrontacji z ogromem cierpienia i śmierci. Trudno orzec, która z tych postaci jest tu bardziej tragiczna. Bezpieczny świat Gabriela rozpada się stopniowo. Równowaga jego matki zostaje zachwiana w momencie grzebania ofiar pogromu w rodzinnej Rwandzie. A może oboje zaznają tej samej formy opresji, tylko jednemu z nich udaje się z nią poradzić? Czy na pewno? Gaël Faye w bardzo stonowanym stylu opowiada o dramacie określania swojej tożsamości. Jakikolwiek wybór będzie się wiązał z przemocą. Jakakolwiek alternatywa staje się początkiem trwania w niepokoju o życie. Niemożliwa jest harmonia w świecie, do którego wdzierają się „wściekłość i krew”. Niemożliwa jest też po latach, gdy tęsknota nakazuje wrócić do ziemi skąpanej kiedyś we krwi. „Tęsknota” to mroczna powieść inicjacyjna, która nie analizuje kontekstów krwawych konfliktów w Rwandzie i Burundi u kresu minionego wieku. Mamy tu bardzo subiektywną perspektywę dziecka, któremu odbierana jest bezpieczna przestrzeń, gdzie z przyjaciółmi beztrosko spędza czas, a potem zanurza się w lękach, dopuszczając do siebie przemoc. Nie można zostać neutralnym wobec antagonizmów dzielących świat na dwie krwawe części. Nie można pozbyć się własnego kraju, zapomnieć o jego dramacie. Niesie się to wszystko jak uciążliwy balast i nigdy tak naprawdę nie zaznaje spokoju utraconego wraz z dzieciństwem.

Znamy sporo wstrząsającej literatury faktu, która odnosi się do rwandyjskiego ludobójstwa. Wojciech Tochman czy Jean Hatzfeld to tylko dwa nazwiska spośród tych, którzy znaleźli się na miejscu, by zrozumieć niewyobrażalne. Gaël Faye beletrystycznie sytuuje konflikt w Rwandzie w pewnym mrocznym tle, koncentrując się na tym, w jaki sposób rozwinęła się wojna domowa w Burundi, trwająca kilkanaście lat i pochłaniająca setki tysięcy ofiar. Doświadczana ludobójstwem Rwanda obecna jest w narracji jako miejsce, z którego pochodzi matka bohatera. To ona udaje się tam po to, by ratować członków rodziny. Po tym, gdy przeżyje już wszystkie stadia bezradności i rozpaczy, słysząc o doniesieniach, które stara się skryć przed świadomością dzieci. Matka Gabriela płaci najwyższą cenę za obecność przy zbrodniach. Za to, że decyduje się konfrontować z ludzką bezwzględnością i nosić w sobie jej ślady. Syn tymczasem chce uciekać od konfrontacji ze złem najdłużej jak to możliwe. Nie uda mu się oddzielić bezpiecznej przestrzeni domu i dzielnicowego zaułka. Nie uda mu się uciec od przemocy, która pochłania wszystko i niszczy z niewyobrażalną wręcz siłą.

To książka o pięknym uczuciu do ziemi doświadczonej przemocą w tak okrutny sposób, że pozostaje jedynie pozornie neutralne relacjonowanie. A jednak Gaël Faye wydobywa z tej opowieści coś więcej niż tylko wstrząsającą historię przedwczesnego dojrzewania. Burundi portretowane jest z czułością do detali i chwilami w taki sposób, że nijak nie można zrozumieć, jak w tę idylliczną rzeczywistość wdzierają się okrucieństwo i rany zadawane sobie nawzajem przez ludzi. Dom jest bezpieczną twierdzą, a rodzina stanowi fundament, który wobec niepokojów zewnętrznych jest wyraźnym punktem odniesienia, czymś nie do zniszczenia. Rozpad rodziny egzemplifikuje już rozstanie rodziców mające miejsce przed miesiącami masakr. Oboje kurczowo trzymają się tego, co przeżyli, a doświadczenia dzielą coraz bardziej. Także dzieci, bo po latach Gabriel będzie chciał wrócić do Burundi, a jego siostra zapomnieć o tym kraju.

„Tęsknota” opowiada o specyficznej formie wyalienowania, za którą kryje się noszona latami trauma przyznawania się do jakiejś przynależności, określania tożsamości powiązanego z zawsze fatalnymi skutkami. Bohater nie chce – jak przed laty – opowiadać się czytelnie i definiować samego siebie, a jednak jest to książka o przynależności determinującej całe dojrzałe życie. To świadome życie, które zbyt wcześnie się rozpoczęło, zbyt drastycznie przełamało na pół, tonąc częściowo w morzu krwi zabijanych z powodu przynależności do danego plemienia. Gaël Faye opowiada o gniewie i strachu, ale także o ludzkiej bezsilności. Perspektywa dziecka dodatkowo nakreśla mroczne kontury świata, w którym czaić się może tylko śmierć. A to największe przecież barbarzyństwo, by dziecko konfrontować ze śmiercią. Dlatego ta powieść jest jednocześnie pełna czułości i dramatycznie bezkompromisowa. Nostalgia łączy się z barbarzyństwem, a poszukiwania spokoju wewnętrznego z tym, co trawi świat zewnętrzny, niszcząc jego ramy, zaburzając jakikolwiek porządek.

Myślę, że „Tęsknota” jako znakomity debiut literacki jest nie tylko mrocznym memento, ale także prozą specyficznego wyzwolenia się. Takie książki są potrzebne wielu i pod każdą szerokością geograficzną, gdzie przemoc rujnuje ideały, a poczucie własnej wartości musi być odbudowywane gdzieś w oddaleniu, z perspektywy uchodźcy. To także książka o afrykańskim fatalizmie. Jeden z bohaterów zaznacza, że Afryka ma kształt pistoletu. Uwarunkowania społeczne i kulturowe doprowadzają do przerażających w skutkach animozji, a wszystko w pejzażu pełnym dostojności i bardzo przewidywalnym – jak pory sucha i deszczowa następujące po sobie bez względu na wszystko. Gaël Faye czule żegna się z rodziną, ale pokazuje także, że więzi rodzinne nie zawsze są gotowe do konfrontacji z okrucieństwem. Portretując przemiany polityczno-społeczne w Burundi, autor – w pozycji dziecka – pokazuje, że nikt wówczas nie mógł być wolny od niepokojących go wyborów. To książka opowiadająca o potwornych wydarzeniach, ale sytuująca je w obrębie pytań o człowieczeństwo, kondycję człowieka doświadczanego przez przemoc. Faye jest mistrzem pewnej lapidarności w obrazowaniu nastrojów, jednak bardzo sugestywnie ukazuje dwa wspomniane na wstępie dramaty. Pośród dramatu miejsca, gdzie ludzkość utraciła nad sobą kontrolę. Gdzie maczety i broń palna zdobyły panowanie nad świadomością. Gdzie na moment świat się rozpadł, ludzie wymordowali. Gdzie zawsze pozostanie ślad tego wszystkiego. Najmocniejszy w pamięci tych, którzy przetrwali. Niezwykle ujmująca książka, niewiarygodnie okrutna i wyjątkowo delikatna w portretowaniu smutku oraz obłędu.

2017-06-18

„Fajrant” Andrzej Muszyński

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 25 maja 2017

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Praca i (nie)możliwości

To nie jest najlepsza książka Andrzeja Muszyńskiego. Nie chodzi tylko o to, że „Podkrzywdzie” bardzo wysoko podniosło poprzeczkę i w momencie, kiedy otrzymuję po prostu dobrą książkę, mogę być trochę zawiedziony. Wydaje mi się, gdy analizuję konstrukcję nowej narracji, że autor doskonale odnajduje się w krótszych formach prozatorskich, a klasyczna powieść (bo „Fajrant” nią jest) nieco mu się… rozchodzi. Tak, lubiana przeze mnie dygresyjność Muszyńskiego tutaj sprawia wrażenie niedopracowanej. Pojawia się trochę chaosu, przypadkowych zlepków tego, co opisywane w teraźniejszości, i wspomnień. Gdy autor penetruje czas przeszły i wydobywa stamtąd zarówno lokalną topografię, jak i pamięć o ludziach, znana doskonale fraza cieszy jednak oko i dlatego „Fajrant” się broni.

W opowieści o perypetiach młodych mieszkańców Miasteczka, którzy powracają po latach pracy w Anglii, czai się pewna przewidywalność i odrobina zwyczajnej nudy. „Podkrzywdzie” było dowodem, że Muszyński dużo barwniej i sugestywniej portretuje pejzaż niż człowieka, ale przecież „Miedza” też zachwycała, to także były opowiadania o ludziach w ferworze codzienności. Coś tu się wydarzyło niedobrego, ale nie odbiera to przyjemności lektury. Fajrant” bowiem to – śmiem twierdzić – jedna z ważniejszych polskich powieści o tym, czym jest praca dla współczesnego Polaka. Przekleństwem organizującym przewidywalne i przykre życie, ale i odskocznią od niego. Sferą, w której kłębią się marzenia oraz plany boleśnie skonfrontowane z możliwościami. Ci, dla których praca jest treścią życia, nie są u Muszyńskiego przegrani, lecz w pewien sposób okaleczeni. Haruje się całymi dniami, przez całe życie. Jeden z bohaterów stwierdza, że dobrze, iż Bóg wymyślił noce, bo człowiek zasuwałby cały czas. Etos pracy czy jej degrengolada? Ironizowanie czy przejmująca narracja o tym, jak jest naprawdę i jak bardzo to boli? Czyta się „Fajrant” z dużą uwagą, albowiem portretuje to, na temat czego polscy literaci zwykle utyskują. Praca staje się tu głównym bohaterem. Jej nadmiar i jej brak. Porządkuje i rozsadza rzeczywistość. Jest źródłem równowagi i chaosu. Dwa skrajne oblicza i dużo uważnej analizy tego, co pomiędzy nimi. Tak, to jednak dobra książka. I inna, i nowa. Pełna nostalgii, ale też niemocy. Czuła w stosunku do czegoś, co nigdy nie zostało opisane w czuły sposób.

W narratorze powracającym z przyjaciółmi po sześciu latach ciężkiej pracy trudno jest znaleźć motywację, by zmianę otoczenia przekuć na zmiany dokonane w samym sobie. Gorzko i ironicznie stwierdza: „(…) trzydzieści parę lat na karku, mogę zmartwychwstać, ale nie mogę już niczego zmieniać”. Czy aby na pewno? Powrót do Polski z oszczędnościami, które mimo wszystko nie imponują, jest dla bohaterów powrotem do świata w pewnym wymiarze i kształcie niezmiennego. To, co stałe, to matka i jej znak krzyża. Domy bohaterów, w których wychowywali swoje marzenia, a potem usiłowali je zrealizować, choć w Anglii było trudno. Powrót jest u Muszyńskiego konfrontacją. Z idealizmem czasu przeszłego, ale i z jego przekleństwem – nieprzypadkowo wszyscy troje znaleźli się w obcym kraju, nieprzypadkowo opuścili Miasteczko bez sentymentu. Ale jednak wracają. Dlaczego? To największa zagadka, choć jednocześnie można odczytać motywacje zachowania powracających z dużą dokładnością, analizując to, czym się potem zajmują. A chcą być panami sytuacji i ludźmi wreszcie mogącymi samodzielnie działać, realizować się. W pracy oczywiście. Różne są próby rozkręcania swego interesu. Portal dla młodych piłkarzy ma być odpowiedzią na wspomnienia, w których młodzi nie mieli szans ani możliwości futbolowego rozwoju. Kiedy pierwszy pomysł nie wypala, pojawiają się kolejne. Wyprawy do Czech czy Birmy – tam, by złapać potrzebny dystans. Praca fizyczna będąca ukojeniem niespokojnego wnętrza. Wszelkie formy zatrudniania i galeria kuriozalnych kontrahentów. Jest chwilami bardzo dowcipnie, a chwilami nadzwyczaj dramatycznie. Drogi przyjaciół na chwilę się rozchodzą, ale ostatecznie łączy ich jedno – chęć samostanowienia, którego nigdy tak naprawdę nie zaznali.

Miasteczko przyciąga do siebie i zmusza do wspomnień. Retrospekcje narratora to jedne z najlepszych fragmentów książki. Analiza tego, co nadal swoje i akceptowane, oraz konfrontacja z obcością. Nie da się żyć tak, jak żyli rodzice. W katolickiej, patriotycznej, małomiasteczkowej pokorze. W nieoczekiwaniu niczego poza przewidywalnością każdego kolejnego dnia. To przez ludzi takich jak oni wszystko, co nowe, długo musiało torować sobie drogę do Miasteczka. Jedni na tym skorzystali, inny wypadli poza margines. Ci, co dorobili się w Anglii, przyglądają się jednocześnie tym znajomkom, którzy nie mieli odwagi i determinacji, by wyjechać. Ze zdziwieniem patrzą na wielu ekscentrycznych rekinów polskiego biznesu. Nie wiedzą, gdzie jest ich miejsce – od znajomków się zdystansowali, rekinami być nie chcą. Przynajmniej nie takimi, którzy stawiają im warunki.

„Fajrant” to opowieść o iluzjach wolności i o tym, czym jest ona naprawdę. O porządku egzemplifikowanym przez pracę. Narzuconym jakby społecznie, po części też kulturowo. Muszyński opowiada o absolwencie Międzywydziałowych Studiów Humanistycznych z tendencjami ucieczkowymi. Unika dużych miast, bo w nich odsłania się w tłumie. Próbuje dostosować się do świata ludzkiej mnogości, ale jakoś mu się to nie udaje. Jego przyjaciele lepiej asymilują się z Polską i polskością, od której odcięli się na sześć lat. Jemu jest trudniej. Smutniej. Za dużo pamięta, za mało chce wyrwać życiu w przyszłości. To portret człowieka zadumanego i rozdartego między przynajmniej dwiema przestrzeniami, w których musi funkcjonować. Jeśli rozpatrywać konflikt wewnętrzny, znamienne i doskonałe jest zakończenie powieści. Jeżeli „Fajrant” traktować przede wszystkim jako dynamiczną opowieść o kłodach rzucanych pod nogi Polakom wchodzącym w dorosłość, dokumentalny sznyt tej prozy pozwala odbierać książkę nawet jak reportaż. Myślę jednak, że chodzi o całkowicie niesprecyzowane pojęcie „więcej” – tego chcą bohaterowie od życia, ale tego również oczekują, analizując dotychczasowe losy, status, poziom zadowolenia z tego, kim są.

To taka historia o ludzkiej niegotowości na świadome bycie w świecie, który również portretowany jest jako coś nieuformowanego, wiecznie poddawanego kolejnym zmianom. Fajrant” to opowieść o lokalnym patriotyzmie i globalnym poczuciu wyobcowania. O tym, że wciąż gdzieś podążamy, by spełniło się choć jedno z naszych marzeń. Także o tym, że realizacja marzenia niekoniecznie daje szczęście. W tym znaczeniu „Fajrant” jest sugestywną opowieścią o ludzkim niepokoju. Nadmiernie może dygresyjną i fragmentaryczną, ale powodowany tym chaos kompozycji może być również chaosem świata, którego nie da się pojąć i uporządkować, pracując i zarabiając pieniądze.