Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-05-28

„Rekin i baran” Marta i Adam Biernat

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 23 maja 2017

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Opowieści z wyspy

Ukazanie się „Rekina i barana” Marty Biernat z ujmującymi fotografiami jej męża Adama jest okazją do małego podsumowania tego, co wydarzyło się w minionym czasie na rynku wydawniczym. A zaistniała na nim wreszcie Islandia – wyspa zdobywająca coraz większą rzeszę zwolenników, u Marty Biernat nazywanych islandofilami, których specyficzną tożsamość autorka próbuje nam przybliżyć. To już czwarta książka o północnej wyspie i w żaden sposób nie jest podobna do pozostałych. Na samym początku roku ukazała się relacja z rowerowej wyprawy po Islandii Kuby Witka. Jego „Ring Road” to bezpretensjonalna narracja podróżnicza, która nie bawi się w stawianie hipotez, lecz zwyczajnie opisuje piękno kraju, snując sugestie o tym, ile różnego rodzaju wolności można zaznać na Islandii. Kolejna książka, „Lawa, owce i lodowce” to pełna charakterystycznego humoru opowieść o doświadczaniu wyspy w drodze – innym nieco niż doświadczanie Witka, albowiem wzbogaconym o błyskotliwe refleksje świadczące o uważności, czułości na każdy detal przemierzanej przestrzeni. Po świetnej narracji Agnieszki Rezler pojawiły się „Szepty kamieni” – absolutnie najlepsza książka o Islandii, mocno poetycka, a jednocześnie silnie osadzona w prozie życia, której tkankę Berenika Lenard i Piotr Mikołajczyk usiłują zgłębiać przez pryzmat osobistych pragnień, opowiadając o istocie islandzkiej samotności i nakreślając zarys zupełnie innej książki niż ta, która powstała. Wszystkie wspomniane publikacje opowiadają o Islandii doświadczanej zmysłami. Wydobyły się z podróży, rozmów z ludźmi, z wnikliwych obserwacji i bycia wciąż w ruchu. „Rekin i baran” to książka niezwykle statyczna. Być może dla innego odbiorcy niż wszystkie pozostałe. Kiedy autorka na wstępie zaznacza, że przybyła do Islandii ze sporą wiedzą o tym kraju, odnosi się wrażenie, iż chce odnaleźć w czytelniku kogoś podobnego – kogoś, kto zechce najpierw zapoznać się z faktami, unikając relacji z wojaży i cudzych refleksji połączonych z przemierzaniem wyspy.

Biernat jest szczegółowa, racjonalna, chwilami akademicka i proponuje styl podawczy. Sporo teorii, dużo faktów. Emocje trzymane na wodzy, ale zdradzane w kilku miejscach, bo o Islandii żaden jej wielbiciel nie może napisać bez czułości. „Rekin i baran” to stonowana fraza, zdania z licznymi epitetami. Porządek i struktura pewnego dystansu. Kiedy Biernat wspomina o islandzkich mgłach, odnosi się wrażenie, że jej sposób opowiadania o wyspie specyficznym stylem nakłada na pejzaż tę właśnie gęstą mgłę. To zatem książka, która niesie w sobie spokój i wyraźną formę uporządkowania. Książka, która tak jak wspomniane wyżej i zupełnie od niej różne, wraca do refleksji bliskiej każdemu piszącemu o Islandii. Wyspa nie daje się poznać do końca. Niemożliwe są zasób pojęć ani struktura zapisu mogące oddać złożoność, tajemniczość i nieprzewidywalność Islandii. Marta Biernat – ostatnia publikująca w temacie – proponuje nam nieco podręcznikowy, ale pełen empatii i szerokiej perspektywy obraz wyspy. Penetrowanej uważnie, choć z perspektywy badacza, a nie podróżnika. To wybór czytelnika – czy przystanie na taki sposób jej opowiadania. Być może właśnie w takim się odnajdzie, zanim przewieje go islandzki wiatr, zanim usłyszy islandzką owcę, skosztuje lokalnych specjałów, zmierzy się z trudami języka islandzkiego i nawiąże kontakt z mieszkańcem Islandii. Zanim ujrzy niewyobrażalne piękno i zabraknie mu słów w zachwycie. Tych słów, którymi Marta Biernat może wesprzeć. Kierowanych do tych, co lubią porządkować myśli i podejmować racjonalne decyzje. Dla tych, którzy może nie kupią od razu po lekturze biletu lotniczego na Islandię, ale przede wszystkim zainteresują się tym lądem. Przybędą do niego kiedyś z wiedzą, z którą przybyła autorka. To zdecydowanie książka dla tych, którzy wszystko muszą przemyśleć przed podjęciem decyzji. Biernat daje dużo do myślenia.

Istotą „Rekina i barana” jest pokazanie islandzkiej różnorodności w wielu aspektach, ale także w perspektywie historycznej. Kolejne rozdziały tylko punktowo zaznaczają cechy dystynktywne dzisiejszej wyspy. Biernat jest także oszczędna w opisywaniu indywidualnych doświadczeń. Nie narzuca subiektywnej perspektywy. Chce ujrzeć opisywany problem w szerszym kontekście. I chociaż zagłębia się w tym, co było, bardzo dobrze niuansuje to, co jest. Stara się sygnalizować jedynie te momenty wzruszeń, którym poddawała się, zgłębiając wyspę. Pisze o niej w każdym możliwym aspekcie. O kuriozach islandzkiej kuchni z tak dużym zaangażowaniem jak o islandzkiej specyfice życia towarzyskiego czy liberalizmie oraz otwartości. „Rekin i baran” stara się pokazać, że wszelkie dobra wyspy zdobywane były na drodze ewolucji, a czasami czegoś rewolucyjnego. Że ten późno zasiedlony skrawek lądu, który jako najmłodszy wydobył się z głębin, ma za sobą dość mroczną historię, wskutek której Islandia niejednokrotnie okazywała się lądem różnego rodzaju okrucieństwa, mrocznej charyzmy przybyszów i walki toczonej na wielu poziomach. To, co w Islandii piękne i naturalne, nigdy nie potrzebowało sankcjonowania. To, co związane z działalnością ludzi, było stałą formą ewolucji. Islandczycy doszli do wielu rozwiązań metodami prób i błędów. Zawsze świadomi tego, że mogą dokonywać zmian w sobie, nigdy w strukturze samej wyspy. Można zatem zadać sobie pytanie, czy Marta Biernat chce nam przybliżyć ludzi, czy też otaczającą ich naturę. Proporcje nie są zachowane, poszczególne rozdziały nie do końca domknięte (wbrew uporządkowanej strukturze wywodów). W gruncie rzeczy „Rekin i baran” stawia pytania w morzu stwierdzeń i zdań o charakterze oznajmującym. Tak uporządkowana książka wzbudza pewien niepokój, gdy zaskakująco szczegółowy akapit urywa się w nieprzewidywalnym miejscu. Islandia portretowana jest jako miejsce iluzji, pragmatyzmu, absolutnej nieprzewidywalności atmosferycznej oraz charakterystycznej tajemniczości egzemplifikowanej przez mgłę – w tekście i na zdjęciach. „Rekin i baran” stwarza formalny dystans do opisywanych zjawisk, ale podkreśla też istotę dystansu samej Islandii. Tę, która nie wynika jedynie z faktu bycia gdzieś między Europą a Ameryką, braku przynależności do któregoś z kontynentów.

Nie ma islandzkiego zakątka, z którym Marta Biernat nie powiąże swojej narracji. Islandia portretowana jest z detalami – od północnej wysepki Grimsey, gdzie kraj znajduje ślad łączności z kołem podbiegunowym, do archipelagu Vestmannaeyjar, w którym narodziła się najmłodsza należąca do państwa wyspa. Brakuje mi wzmianki o malowniczych górach Landmannalaugar, ale autorka dobiera opisywane miejsca trochę pod kątem stonowanej kolorystyki. Mówią o tym dołączone do książki zdjęcia. Przykuwające uwagę, a jednocześnie dość mroczne. Islandia mroki historii ma już za sobą, natomiast jej dzisiejsza aura często każe tonąć w mgłach. Barwy interesują Martę Biernat mniej niż wszystkie niuanse związane z kontaktami z Islandczykami. Nie otrzymujemy reporterskich zapisów z tych spotkań. Towarzyszą nam refleksje o naturze ludzi, którzy w barwnej historii potrafili przywiązywać się do kołder, myć moczem, miłować stabilność długich zim i kochać niezależność, dla której byli gotowi poświęcić wszystko. „Rekin i baran” zwraca uwagę na te aspekty życia codziennego na wyspie, które pomagają tworzyć z jednej strony klaustrofobiczną atmosferę pewnych dziwactw, z drugiej jednak – codzienne życie społeczeństwa absolutnie priorytetowo traktującego wolność. Tę wolność, która mieszka na islandzkich czarnych plażach, pośród dziewiczych gór, w szumie niezliczonych wodospadów czy w miejscach niedostępnych dla turystów.

Marta Biernat z pewnym dystansem opowiada o tym, jak przełamywał się jej własny dystans do wyspy. Jak bardzo zmieniała się perspektywa rozumnego oglądu tego, co wywołało miłość do Islandii. To zatem książka o zakorzenieniu. Unikająca emocjonalności, ale w gruncie rzeczy w środku gdzieś emocjonalnie gorąca. Jak islandzka lawa skryta pod lodowcami. Chłód i dystans opowieści zderzają się z czułością i zwyczajnym przywiązaniem do Islandii. Warto tego wszystkiego poszukać i zastanowić się, czy to książka dychotomii. 


PATRONAT MEDIALNY

2017-05-24

„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie” Katarzyna Tubylewicz

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Stawianie pytań

Nieprzypadkowo demokracje tego świata rodziły się i trwały wówczas, gdy ludzie po prostu spotykali się w jednym miejscu, dyskutowali ze sobą i podejmowali decyzje, znajdując porozumienie między różnymi racjami i postawami. Moraliści” – książka formalnie odwołująca się do idei dialogu, będąca przecież zbiorem rozmów z ludźmi – to opowieść nie tylko o współczesnej Szwecji, w której pojawia się trudność rozmowy i podejmowania pewnych tematów w dyskusji. Myślę, że to bardzo mądra, pełna empatii i dość oczywistych wątpliwości rzecz o stanie mentalnym, emocjonalnym i intelektualnym nowoczesnej Europy. Katarzyna Tubylewicz zaangażowała się w stworzenie tej publikacji bardzo silnie. Tak silnie, jak od siedemnastu lat związana jest ze Szwecją. Potrafi zadawać trudne pytania, niuansować pojęcie liberalnej demokracji. Najważniejsze jednak, że wychodzi w tych rozmowach naprzeciw swoim własnym lękom, przejętym być może w spadku polskości. Nie gloryfikuje Szwecji, uznając ją jednocześnie za jedną z najdoskonalszych demokracji europejskich. Odwołuje się do traumatyzujących opinię publiczną faktów, ujawnia własne uprzedzenia, czasem zadaje pytania z niepewnością, bo boi się uzyskać odpowiedzi. A rozmówcy nie chcą – jak współcześni Szwedzi – unikać trudnych tematów. Stąd też „Moraliści” to opowieść o tym, co boli, co powoduje dyskomfort życia w bogatym i dostatnim kraju, ale przede wszystkim książka, w której Tubylewicz stara się uzasadnić jedną formułowaną przez siebie myśl. Chodzi o to, że ratunkiem w zagubieniu i niemocy może być dla współczesnego Europejczyka wielość perspektyw w jego umyśle – nie tyle zrozumienie ich do końca, ile akceptowanie różnorodności. Także tego, że może się w niej pojawiać dużo zła, a na zło zawsze trzeba reagować.

Gdy niedawno czytałem dość lekką i napisaną w zupełnie innej konwencji książkę Natalii Kołaczek „I cóż, że o Szwecji”, rozbawiło mnie wspominanie Szwedów, którzy nie mają skłonności do kłótni, a jakiekolwiek negatywne opinie i sądy wolą wyrażać na kartkach zostawianych innym w pralniach. Kiedy zacząłem wchodzić w głąb książki Katarzyny Tubylewicz – dlaczego tak definiuję tę lekturę, wyjaśnię za chwilę – odkryłem mało zabawny aspekt tej szwedzkiej cechy. Bo Szwedzi przez lata oduczyli się konfrontowania z problemami, podczas którego trzeba wyrazić jakąś negatywną opinię. Tak jak zaczęli wyprowadzać się z przedmieść szwedzkich miast, tak w debacie publicznej wciąż milczeli o sprawach, które jeszcze przed kryzysem imigracyjnym wywoływały bardzo wiele emocji i nakazywały jasne i konkretne opowiadanie się w danej kwestii. Powstało coś na kształt getta opinii uznawanych za urażające i takich, których nie powinno się wygłaszać. Tymczasem większość rozmówców Tubylewicz – wbrew szwedzkiej tendencji do unikania trudnych rozmów – wydobywa z tkanki społecznej Szwecji kwestie, które nie tylko uwierają. Są to sprawy, nad którymi nie pochylono się do tej pory w żadnej znaczącej debacie. Nie podjęto wysiłku dyskusji o tym, że różnorodność kulturowa niesie problemy, bo zawsze opiera się na zderzeniach co najmniej dwóch różnych światów. „Moraliści” to książka pokazująca, o czym w Szwecji powinno się dzisiaj mówić. Imigranci krytyczni wobec innych imigrantów. Rozmówcy pełni goryczy i nadziei, kiedy jednocześnie pokazują pułapki politycznej poprawności i sankcjonują jej zasadność. Ludzie związani z kulturą, sztuką, literaturą, polityką i życiem społecznym, ale także zwyczajni mieszkańcy Szwecji. Dobór rozmówców także udowadnia, że cała ta książka jest charakterystycznym hołdem dla różnorodności. Nie tej, która ma polaryzować opinię społeczną i budować obozy przeciwników i zwolenników demokracji, liberalizmu, egalitaryzmu, tolerancji. Tej, którą trzeba pojąć ze wszystkim, co w sobie niesie – także z emanacją różnego rodzaju złych zachowań, destrukcyjnych albo autodestrukcyjnych. Tych, które pokazują, że szwedzka gotowość pomocy przybywającym z daleka uchodźcom nie idzie w parze z pełną empatią i pochyleniem się nad przybyszem, któremu najłatwiej współczuć, dużo trudniej go zrozumieć.

Wokół uchodźców – siłą rzeczy – ta publikacja koncentruje się dość czytelnie. Sprowadza czytelnika na manowce, każe mu błądzić pośród zadanych pytań i niesatysfakcjonujących go odpowiedzi. Bo autorka „Rówieśniczek” uczy się przede wszystkim stawiania pytań, definiowania problemów – i motywuje do tego samego swoich rozmówców. I jest tak, że na początku pełen rozczarowania zastanawiam się nad tym, dlaczego w wywiadzie z Veronicą, szefową ośrodka dla uchodźców, pojawia się opis bezradności wobec tych mężczyzn, którzy nie potrafią się zintegrować i wejdą w Szwecję z poczuciem, że nie funkcjonują w akceptowalnym systemie prawny i społecznym. Co z tymi wszystkimi trudnymi ludźmi, dla których nie znaleziono języka ani możliwości, by naprawdę im pomóc? Kiedy potem czytam rozmowę z kobietą, która w Szwecji tworzy udany homoseksualny związek, pracując na co dzień z trudnymi ludźmi spoza prawnego marginesu, otrzymuję jednak odpowiedź na stawiane przeze mnie pytanie. Dlatego w „Moralistów” wchodzi się coraz głębiej i jest to lektura nie tyle zajmująca, ile budująca bardzo szeroki ogląd problemów, do których z wygody przykładaliśmy czarno-białe kalki lub których nie rozumieliśmy we właściwym kontekście.

„Moraliści” to książka o problemach z integracją uchodźców, o Szwecji chcącej pomagać, ale niekoniecznie rozumieć. O granicach tolerancji i wolności definiowanej tutaj na wiele sposobów. O istocie szwedzkiej solidarności oraz niepoprawnym czasami marzeniu o tym, iż zawsze zwycięża dobro. Jest kilka wyjątkowo zapadających w pamięć rozmów. Jak ta z Mustafą Panshirim, policjantem afgańskiego pochodzenia. Rozmówca Tubylewicz chce, by Szwecja wreszcie zaczęła naprawdę nazywać różnice kulturowe i by nie szła za tym etykietka rasizmu. Opowiada o tym, że w sytuacji braku prawdziwego dialogu i negowania problemów różnic kulturowych w Szwecji osiada coraz więcej ludzi bezradnych. Takich, którzy wolą się bezpiecznie postawić w opozycji do nowego kraju, bo ten kraj się nimi zaopiekował, ale nie potrafił już potem wykorzystać ich potencjału. Wokół rozmów wciąż krąży to przekonanie o tym, że mówiący o sobie, swoich emocjach i postawach imigranci powinni być wzorem dla zachowawczych Szwedów. Tych, którzy nie chcą podejmować trudnych tematów, a w przyszłym roku – nie mówiąc o tym w żadnym sondażu – zagłosują za partią Szwedzkich Demokratów, która funkcjonuje w „Moralistach” jako mroczne widmo. Wtedy nie będzie już mowy o potrzebie czynienia dobra, poszanowania inności i akceptacji różnic między ludźmi.

Świetne są dyskusje na temat szwedzkiego feminizmu i rozmowy o roli kobiety w szwedzkim społeczeństwie. To także zbiór odważnych i pełnych empatii opowieści o sytuacji osób LGBT oraz szwedzkiego Kościoła. Instytucji finansowanej z podatków, do której należą też ateiści. Wszystkie rozmowy są dynamiczne, ale zdarzają się pełne goryczy monologi jak ten Adama Potrykusa. Rozmowy komentowane są przez Katarzynę Tubylewicz wtedy, kiedy komentarza wymagają, ale także pozostawiane bez niego wówczas, gdy wymiana myśli rozmówców ma w zupełności wystarczyć. „Moraliści” to nie jest książka definicji. Nie moralizuje! Nie znajdziemy tam tego, czego być może szukamy – uporządkowania złożonej codzienności Szwecji, a poprzez nią tej codzienności europejskiej. Myślę, że to opowieść o tym, co do tej pory nie zostało należycie przedyskutowane, oraz o tym, że jesteśmy świadkami przemian, których skutków nikt nie może przewidzieć. Każdy jednak może widzieć świat mądrze i empatycznie. Z wielu perspektyw. Opowiadając o uchodźcach, równouprawnieniu, podejmując tematy tabu i portretując wszelkie mroczne strony współczesnej Szwecji, autorka wraz z rozmówcami sygnalizuje coś niezwykle istotnego – musimy zmienić nie tylko język, ale także sposób rozmowy o problemach, o których trzeba dyskutować. Tylko dyskusja jest gwarancją tego, że wypracuje się jakiekolwiek rozwiązania. Może te właściwe. Można nazywać i dzisiejszą Szwecję, i dzisiejszą skomplikowaną w odbiorze Europę – potrzeba do tego specyficznej siatki pojęć i zwyczajnej otwartości umysłu.

2017-05-22

„Najmroczniejszy sekret” Alex Marwood

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 416

Przekład: Rafał Lisowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wszyscy potworni ludzie

Alex Marwood tym razem zawodzi. Szkoda, bo byłem przekonany, że jej warsztat i pomysłowość gwarantują książki, które można brać w ciemno, będąc przekonanym o doskonałej jakości w swoim gatunku. A tu rozczarowanie, dosyć spore. Nie chodzi o to, że brytyjska pisarka wzięła sobie na warsztat maltretowany bez litości w thrillerach klasy B i C motyw zaginionego dziecka. Nie myślę również o tym, iż struktura powieści nie pozwala, by się do niej przywiązać, bo portretowani są ludzie egocentryczni, bezduszni, uwikłani w paskudne układy i generalnie antypatyczni. Zasadniczym zarzutem jest przewidywalność fabuły. Marwood w dwóch poprzednich powieściach przekonała, że narracyjne wolty są jej specjalnością i że potrafi precyzyjnie wybić czytelnika ze stuporu albo osaczyć i przekonać do tego, iż nie ma najmniejszego nawet panowania nad światem przedstawionym. W „Najmroczniejszym sekrecie” ogrom ludzkiego plugastwa jest dominujący, ale mimo wszystko można sprawnie namierzyć i wytypować tę najbardziej paskudną postać, jeśli tylko przyjmie się do wiadomości, że osobowości nachalnie portretowane jako potwory można odrzucić, szukając grozy tytułowego sekretu. A musi się on wydobyć z całej mielizny ludzkiej, z tego przygnębiającego koła wzajemnej adoracji – ludzi do cna zepsutych, niemoralnych, wygodnych i nastawionych na to, że niejedno można zamieść pod dywan. Drugi zarzut: sztuczna psychologizacja. Rozważania na temat różnych typów zaburzeń osobowości mają zwrócić uwagę na to, że przedstawiane fakty, coraz mroczniejsze i bardziej przerażające, wynikają z takiego, a nie innego stanu emocjonalnego bohaterów. To mało wiarygodne, dodawane na siłę. Można natomiast na tę narrację spojrzeć jak na interesujące psychologiczne studium tego, na ile sposobów okrutne dla siebie mogą być kobiety – tak czytana powieść jest rzeczywiście czymś przykuwającym uwagę. Bo zdecydowanie kobiety będą postaciami pierwszego planu, choć Marwood próbuje skierować naszą uwagę na kogoś innego. Kobiety w sieci kłamstw, w których dostrzec można ich charyzmę, słabości i bezkompromisowość.

Tymczasem to nie wokół kobiet koncentruje się początkowa faza intrygi, lecz wokół niezwykłego zniknięcia trzylatki bogatego ojca, dewelopera. Sean hucznie obchodzi swoje pięćdziesiąte urodziny. U boku kolejnej żony, z którą rozstanie planuje bardzo metodycznie, ze szczegółami. Claire jest u jego boku udręczoną panią domu tracącą swój status i narażoną na kpiny przyjaciół męża, którzy starają się dobrze bawić, nie zważając na obecne przy nich dzieci. Kobieta jest odpowiedzialna za dwójkę z nich, rozkoszne bliźniaczki. Coco i Ruby to kolejne córki Seana. Z tymi starszymi kontakt jest już trudny. Obie lekceważą ojca po tym, gdy on zlekceważył ich przybycie. Granicę między nieodpowiedzialnymi dorosłymi a znużonymi i zagubionymi dziećmi przekracza natomiast piętnastoletnia Simone. Nie odnajduje się w kontaktach z tymi, z którymi powinna tworzyć więzi. Wchodzi w relacje bardzo niezdrowe. Z kimś, kto nie jest świadom tego, do czego mogą doprowadzić. Simone widzi pełen hipokryzji świat dorosłych i zauważa jednocześnie, jak bardzo infantylnie postrzegają świat ci, których w obchodach urodzin Seana traktuje się jak balast.

Kiedy nagle znika Coco, cały świat dowiaduje się o tym błyskawicznie. Prowadzone na szeroką skalę poszukiwania nie przynoszą żadnych rezultatów. Odstawiona na boczny tor Claire cierpi podwójnie – jej ukochana dziewczynka staje się już tylko imieniem ze znakiem zapytania. Wszystko, co miało scementować związek z Seanem, rozpada się. Należy ratować przed destrukcją drugą córkę. Wydostać się z dusznego świata kłamstw, które otaczają zewsząd majętnego męża. Autorka „Zabójcy z sąsiedztwa” portretuje niechciane dzieci i porzuconą kobietę. Przenosząc akcję w czasie i ukazując bohaterów po latach, każe ponownie zastanowić się nad tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach sierpnia 2004 roku, dwanaście lat przed nieoczekiwaną śmiercią Seana.

Prowadzona symultanicznie narracja odsłania szczegóły feralnego wieczoru, podczas którego zniknęła Coco, i czas, gdy dwie córki Seana przybywają na jego pogrzeb, konfrontując się z tym samym, wciąż niezmiennym gronem znajomych ojca. Camilla reaguje na wieść o śmierci ojca z dużą dozą obojętności. Sama wiedzie niezobowiązujące życie, w które już dawno wdarł się chaos. Telefon od znienawidzonej macochy Claire wydobywa ją z odrętwienia. Okazuje się, że piętnastoletnia już Ruby chce pożegnać ojca, a matka nie jest gotowa na to, by ruszyć z córką w drogę. Camilla nawiąże specyficzną więź z Ruby. Dwie córki Seana, jedyne z rodziny gotowe towarzyszyć mu w ostatniej drodze. Dlaczego więzi rodzinne w życiu denata ulegały takim przemianom i ostatecznie destrukcji? Co zrozumie Camilla, przybywając ze swą przyrodnią siostrą do domu ojca, w którym rządzi kolejna żona Seana? Alex Marwood długo przygotowuje grunt pod spektakularny punkt kulminacyjny. Potem dochodzi do wniosku, że najlepsze zostawi dokładnie na sam koniec. Czy rzeczywiście najlepsze? Sprawa Coco zdaje się schodzić na dalszy plan, kiedy obserwujemy, co toksyczne relacje rodzinne i wielkie poczucie odrzucenia mogą robić z ludźmi niezdolnymi do nawiązywania bliższych relacji w życiu.

Sekretów na kartach tej powieści jest tak wiele, że chwilami odnosi się wrażenie, iż tym razem Alex Marwood po prostu przekombinowała, a co za tym idzie – zapętliła się w swej historii, której finał zda się do odczytania dużo wcześniej, niż pozwala na to sama autorka. Dlatego „Najmroczniejszy sekret” nie będzie – jak dwie poprzednie książki brytyjskiej autorki – powieścią zaskoczeń i pisarskiego nokautu na czytelniku. Znaczna część tej opowieści wydaje się po prostu nużąca. Przykuje uwagę polski wątek, ewentualnie historia Claire wzbudzającej najwięcej ambiwalentnych odczuć. Reszta jest przejaskrawiona i mało wiarygodna. Boleśnie odsłaniająca te cechy ludzkie, w których nie da się już niczego – np. stopnia zła – niuansować, a tym samym czymkolwiek zaskakiwać. W dość przyzwoitym stylu powieść zmierza jako tako do końca, ale zafundowane nam dłużyzny wraz z dosyć męczącymi rysami psychologicznymi niektórych bohaterów powodują, że tym razem odkłada się książkę Alex Marwood na półkę nie z poczuciem satysfakcji, lecz znużenia. „Najmroczniejszy sekret” to w dużym skrócie powieść o dorosłych o mentalności dzieci, nad wyraz dojrzałych emocjonalnie dzieciach i fatalnych zbiegach okoliczności, a także o nierozwadze i braku odpowiedzialności za drugiego człowieka. W zasadzie wszystko to już było – jest nadal, porozrzucane w fabułach innych, podobnych powieści.

2017-05-20

„Costello. Przebudzenie” Liliana Hermetz

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 192

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Poza tabu

Kiedy podejmie się wysiłek rozmowy o własnym ciele i jego potrzebach, zawsze w konfrontacji z drugim człowiekiem pojawi się rumieniec wstydu lub ta mentalna bariera, poza którą można operować ogólnikami, eufemizmami i zwyczajną nieprawdą, asekurując się w temacie. Myślę, że te granice w każdym z nas, kiedy dzieje się to, co opisuję wyżej, penetruje z literacką wnikliwością Liliana Hermetz w swojej nowej, niezwykłej książce. Costello. Przebudzenie” to rzecz o ludzkim ciele, o niemożności literatury w opisywaniu jego potrzeb naprawdę, ale także niezwykle inteligentna narracja o potrzebie wyzwolenia, wyjścia poza nakreślone schematy; emancypacyjna książka o tym, że możemy śmiało opisywać każdy niuans ludzkiej natury, a brakuje nam narzędzi oraz śmiałości do opisania cielesności oraz związanych z nią potrzeb. Autorka napisała książkę w pewnym stopniu autotematyczną, ale także historię inicjacji, zaskoczeń, rozczarowań i satysfakcji – o tym nie pisze się ani odważnie, ani pewnie. Przypominają mi się ciekawe próby sankcjonowania związków literatury z cielesnością, których podjął się Wojciech Kuczok w „Obscenariuszu”. Hermetz robi to bardziej dokładnie, niezwykle uważnie, z równie dużą empatią, co ciekawością. Gra z literackimi konwencjami, ale przede wszystkim stawia sporo trudnych pytań retorycznych. Zwykle wiemy, co myślimy, jednak nie rozumiemy tego, co czujemy. Czy o intymności związanej z uczuciami i ciałem mamy rozmawiać publicznie? Czy potrafimy rozmawiać z samymi sobą?

Elisabeth Costello, postać literacka stworzona przed południowoafrykańskiego noblistę J.M. Coetzeego, wyzwala się spod wpływów swojego Kreatora, chce stanowić sama o sobie, sama siebie zgłębiać i uwolnić się od wszelkich ograniczeń konwencji literackiej. Jednym słowem – chce być kobietą z krwi i kości, a nie wymysłem znanego literata. Już sam ten pomysł sytuuje prozę Hermetz pomiędzy tymi wszystkimi odważnymi książkami, które łamią ograniczenia recepcji literatury, wychodząc gdzieś w sferę przeżyć i doznań nieznanych ani autorom, ani czytelnikom. Costello wydobywa się gdzieś poza niedoskonałość literatury – w dwóch wymiarach. Jako pisarka, która przestanie zgłębiać to, co do tej pory czyniła fundamentem swoich książek. Jako bohaterka obdarzona życiem przez mężczyznę, spod którego władzy chce się wydobyć. Costello uzna, że w jej życiu czas na przełom. Że „czuje siebie inaczej” i od tego zacznie się wszystko, co tworzy wieloznaczną fikcję literacką tej opowieści.

Costello zaczyna żywić przekonanie o tym, że na różnych etapach naszego życia i z różnymi opowieściami oraz konwencjami literackimi wciąż pojawiają się istotne ograniczenia, które nie pozwalają nam na prawdziwy kontakt z ciałem, jego potrzebami. Wszyscy mamy cielesność i to ona określa nas w pierwszej kolejności. Nie wszyscy jednak są w stanie wejść z nią w jakikolwiek związek. Ciało jest używane, a nie podmiotowo zaspokajane. Bohaterka Hermetz odkrywa to w samej sobie, a potem – częściowo prowokacyjnie, częściowo z pewną bezradnością – postanawia wykorzystać wizytę we Włoszech i zamienić relacje z ludźmi, którzy przyszli jej posłuchać podczas promocji kolejnej książki, na niebywale intymne i jednocześnie odważne skonfrontowanie z tym, jak postrzega się ciało oraz ludzką seksualność. Chce wyjść nie tyle poza wstyd i ograniczenia, ile przede wszystkim poza pewną formę nazywania tabu oraz omijania tego, by prawdziwie poznać najintymniejsze z naszych potrzeb. Efekty tych konfrontacji są różne. Liliana Hermetz zestawia przemyślenia swojej bohaterki z tym, jak odbierają je ludzie i co sami sądzą o tym, że literatura zapiera się przed pełnym i wielopłaszczyznowym ukazywaniem… emocjonalności ciała.

To też opowieść o tym, jak silnie kulturowo, socjologicznie, społecznie i intelektualnie osiadają w nas tematy zakazane, czyniąc się zakazanymi tylko w związku z czymś, w jakichś relacjach ze światopoglądem otoczenia. Odważna Costello nie tylko teoretyzuje. Tu nie ma już miejsca na odwrót, niepewne teorie, kilka tropów prowadzących donikąd, nieśmiałe próby werbalizacji dotychczas nienazwanego. Liliana Hermetz i jej bohaterka idą na całość. Chcą odsłonić jak najwięcej i pokazać, ile form bezradności ludzkiej kryje się w tym odsłanianiu. Obie potrafią być bezkompromisowe, ale nie są wulgarne. Potrzebują słów, by nazwać wszystko tak, jak dotychczas o tym nie mówiono. Dlatego lektura „Costello. Przebudzenie” to obcowanie z czymś specyficznie wyjątkowym, czymś drapieżnym i jednocześnie przesyconym ciepłem, głęboką empatią. Dla ciała, ale także metod opowiadania o nim. Z pokłonem literackim dla wszystkich tych, którzy rozumieją tę złożoną bezradność, jaką zaakcentowałem wyżej.

Czyta się to wyśmienicie i choć są momenty, w których Hermetz jakoś dziwnie naciąga fabularną strukturę książki (jak wtedy, gdy widzimy, że wydzielająca nagle erotyczną aurę autorka zniewala swego tłumacza), nie ma żadnego rozczarowania – jest swoisty spektakl, w którym role główne odgrywają język, literatura, ciało i poczucie samostanowienia. To historia o tym, w jaki sposób można wyzwolić się z narzuconego niedopasowania i jak walczyć o wewnętrzną harmonię z tym, czego w niej się nie uwzględnia – z własnym ukochanym ciałem. To nie tylko przewrotna narracja o tym, jak pokochać je w kilku wymiarach, ale przede wszystkim forma literackiej polemiki z konwencją pisania między innymi samego Coetzeego. Hermetz przewrotnie pyta o to, dlaczego pisarz nie umie z pełną śmiałością i sugestywnie dostać się do ludzkiego ciała, otoczyć je troską, opisać ową intymność bycia z sobą. Myślę, że to książka z pewnym feministycznym sznytem, ale przede wszystkim historia, w której przegląda się jak w lustrze ludzka nagość razem z wstydliwością i bezradnością. Autorka portretuje świadomą siebie bohaterkę, która działa wbrew regułom, konwencjom, przekonaniom innych i oczekiwaniom tychże. Wyzwala swoją Elisabeth nie tylko spod wpływów J.M. Coetzeego. Stawia ważne pytania o to, jak silnie powinniśmy być związani z własną cielesnością i na ile jest ona wyznacznikiem naszej tożsamości w wymiarze ogólnym. Liliana Hermetz opowiada wszystko pięknym językiem – dosadnym i prowokującym, ale dbającym o czułość i nazywanie spraw ze szczególnym wyczuleniem na szczegóły. Takim, jakiego brakuje nam, gdy chcemy zwerbalizować kontakt z ciałem. Intrygująca książka!

2017-05-18

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha

Wydawca: Karakter

Data wydania: 5 maja 2017

Liczba stron: 198

Oprawa: twarda

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Ślady

Marcin Wicha opowiada o rodzicach, proponując nam przejmujące, pełne drobiazgowej czułości do detali książki. Duch ojca unosił się nad „Jak przestałem kochać design”, bo po tym, jak ojciec zakorzenił w synu umiłowanie do porządku, Wicha postanowił uporządkować sprawy związane z estetyką projektowania, którym się na co dzień zajmuje. Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to książka dużo bardziej przejmująca, osobisty tryptyk będący formą czułego epitafium. Zbiór tekstów pisanych krótkimi, rwanymi frazami, który mówi o niegotowości na odejście matki i jednocześnie o tym, że trzeba się z nim zmierzyć w każdym możliwym wymiarze. Pozostają słowa i przedmioty, a także pamięć ostatnich trudnych dni, o których opowiada ściskająca za gardło trzecia część książki. Całość przemawia do nas z wielką siłą nie tylko dlatego, że odejście matki to zawsze i wszędzie najbardziej traumatyczne przeżycie, jakiego zaznajemy. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to także opowieść o tym, że książki mogą stanowić pewien niezwykły pomost między życiem a śmiercią. Literatura w nowej roli idzie w parze z całą masą tych uciążliwych drobiazgów, z którymi jakoś trzeba się uporać. Nie można ich wyrzucić, bo stanowią dowód życia, które ukształtowało autora. Tego życia, którego już nie ma. Wyjątkowo przejmująca rzecz o bolesnym braku. O tym, że zmarli zaczynają żyć intensywnie dopiero po swojej śmierci.

Nasuwa mi się skojarzenie z dziennikiem żałoby „Umarł mi” Ingi Iwasiów. Podobnie niepozorna objętość i równie poruszająca treść. Bo kiedy Iwasiów pisze o ojcu: „(…) skoro umarł, muszę jeszcze bardziej mieć go w sobie”, to widać wyraźnie, że Marcin Wicha podziela to przekonanie. Matka staje się bliższa, ważniejsza, bardziej obecna po odejściu. Opowiada siebie na nowo w wyobraźni syna. Ten zbiera i kataloguje dowody tego, jak żyła, czym żyła, czego się bała i co ją cieszyło. Powstaje kolaż złożony z przedmiotów, emocji i słów. To matka nauczyła Wichę szacunku do słowa i precyzji w jego używaniu. To specyficzne epitafium jest dowodem tego, że nauka była skuteczna. Czytamy o tym, w jaki sposób rzeczy potrafią mówić, jak porządkują czas miniony i w jakim wymiarze każą go rozumieć. Jak pozwalają oswoić pustkę, będąc smutnymi i ważnymi jednocześnie substytutami życia, jakie chce się przy sobie zatrzymać.

Matka była zasadnicza, mądra, bezkompromisowa i przepełniona rozmaitymi lękami. Szła przez życie z pewną zadziornością, ale i poczuciem, że są sprawy, wobec których jest bezradna, często bezsilna. Broniła się przed chaosem, porządkując każdy kolejny dzień. Także w słowach, a może przede wszystkim w nich. Stała obok syna w czasami trudnej symbiozie. Zawsze czujna i uważna. Wiedziała, że to się kiedyś skończy, że on zostanie bez niej. Wiedziała, ale nie do końca rozumiała ogrom straty. Marcin Wicha nie roni łez albo też o łzach nie pisze, trzeba napisać o czymś zupełnie innym. Nie ukrywać spraw prywatnych, ale także nie czynić tej narracji niezdrową formą ekshibicjonizmu emocjonalnego. Wie, o czym pisać. O dowodach na matczyną podmiotowość. Tych wyrzutach sumienia, które teraz trzeba uporządkować. O wszystkich książkach, z którymi matka szła przez życie, a które teraz przywiązują się do syna, nie dają się opuścić, nie chcą stać się zbędną makulaturą, nad którą antykwariusz pokiwa głową z politowaniem. Lata gromadzenia i imperatyw matczynego porządku pozostawiają teraz spadkobiercę z dylematami – co oddać, zniszczyć, co ze sobą zabrać; z czym się związać i co nieść przez życie jak pamięć o tej, która zawsze pamiętała, by mądrze wyprawić syna w świat.

Wicha pisze, że żyła zadaniowo, od jednej do drugiej sprawy. Teraz sprawa jest tylko jedna – umieć zapamiętać i zrozumieć. Nie tylko czas miniony, który autor odtwarza z czułą dokładnością. Chodzi o oswojenie pustki wypełnionej przedmiotami. O niemożność zdecydowania, które z nich mają przetrwać, pozostać blisko. Rozumne zawadiactwo matki trzeba teraz przekuć w kompletowanie martwych pamiątek po niej. Tych mających dawać świadectwo i wiązać przeszłość z czasem przyszłym, gdzie nie będzie już żywego człowieka, a jedynie to, co po nim pozostaje. Zmarli są przy nas bardziej intensywnie. Marcin Wicha udowadnia to, przeglądając matczyne książki, wspominając jej bunty i sprzeciwy, pokazując całą złożoność osobowości otoczonej rzeczami. Podmiotami zupełnie innej historii – tej, której zmarła nie może już opowiedzieć.

Ujmujące wyjątkowym poczuciem humoru i sentymentem są te fragmenty książki, w których dowiadujemy się, jak nowe rzeczy i nowe sprawy były oswajane i rozumiane za pomocą matczynych wykładni. A był to czas, w którym na nowość wydawniczą się polowało. Czas, kiedy do jednej książki wracało się wiele razy, za każdym odkrywając w niej coś nowego. Litery i zdania z woluminów, które przytulała do siebie matka, nie pozwalają teraz dać o sobie zapomnieć. Marcin Wicha musi uporządkować nie tylko księgozbiór. Przede wszystkim skatalogować pojęcia, którym trzeba zmienić nieco definicje. Opowiada o tych książkach, których matka nigdy nie porzuciła, i o tych przygodach z literaturą, które zapoczątkowała jej bliskość.

Ona mówiła zawsze wprost, wszystko dosadnie, niczego nie niuansując. Jak wypowiada się teraz syn? Czy nie jest przypadkiem tak, że jest porzuconym dzieckiem, któremu nie wyjaśniono wszystkiego, nie oswojono z grozą, przy jakiej słowa mogą być niewystarczające? „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to przede wszystkim przepiękna polszczyzna, sugestywne kadry wspomnień, zdania zajmujące uwagę na bardzo długo i frazy opisujące to, co pozostało – w każdym możliwym wymiarze. To nie jest łatwa książka i w porównaniu z książką o designie jest pełna niepewności, wahania i zwodniczej melancholii. Jest jednocześnie bardzo odważna. Pokazuje odwagę kryjącą się w słowach opowiadających koniec i tym samym torujących drogę do nowego początku. Wicha opowiada o bliskości z tym, co literackie, oraz obcości pustki – pośród rozrzuconych rzeczy i uporządkowanych pozornie, lecz czasem zupełnie bezradnych słów. Piękna, wzruszająca, mała książka o wielkich sprawach związanych ze śmiercią oraz pamięcią o niej.

2017-05-16

„Tam” Natasza Goerke

Wydawca: Czarne

Data wydania: 19 kwietnia 2017

Liczba stron: 152

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Własne miejsce

Przepiękna książka o przynależności i miłości do miejsca. O sposobie, w jaki to miejsce kształtuje na zawsze, przyciąga do siebie – czasem wymuszając bolesne powroty i specyficzną ulgę ponownego przybycia. „Tam” to po części reportaż, po części poetycka etiuda, po części zaś intymny dziennik przeżyć osadzony w konkretnym miejscu. Natasza Goerke – w nowej literackiej roli – opowiada nam Nepal w sposób delikatny, stonowany, jednocześnie też zasadniczy i podporządkowany specyficznemu tempu. Czas w Nepalu płynie inaczej. W czasie zanurzona jest też charakterystyczna perspektywa tej opowieści, bo autorka nieprzypadkowo nazywa tę książkę „fraktalnymi zapiskami”. Już w kwestii formalnej publikacja odnosi się do miejsca, z którego się wydobyła. W Himalajach słońce wschodzi na różowo, a kwiecień – miesiąc wydania – to ponoć najpiękniejszy himalajski czas. To, co piękne u Goerke, to przede wszystkim umiejętność wejścia w sposób widzenia świata przez Nepalczyków i oddanie polskiemu czytelnikowi specyfiki tego sposobu. To nie tylko kwestia doboru słów czy tematów. To bardzo charakterystyczna książka o wszystkim, co Nepal wyróżnia, i wszystkim, co czyni go wyjątkowym. Na tyle wyjątkowym, żeby związać się z tym państwem pośród gór na zawsze. Intensywnie, zachłannie i jednocześnie bardzo subtelnie. „Tam” zabiera nas w podróż po dwóch Nepalach – tym rzeczywistym, ze wszystkimi absurdami, bolączkami i obrazami piękna, ale także tym mentalnym, tkwiącym już głęboko pod skórą i w świadomości Goerke. Tak pięknie zaczarować opisywany świat może tylko ktoś, kto darzy go głęboką miłością. Będzie to zatem w pewien sposób opowieść miłosna. Intymna, a jednocześnie w dużym otwarciu, ze swymi dynamicznymi historiami opowiadanymi na jednym wydechu, pisanymi niemal jedną frazą.

Nepal jest dla nas odległy nie tylko w sensie geograficznym. Nie tylko dlatego, że jest krajem tak zwanego Trzeciego Świata wciśniętym między potężnych sąsiadów o dyktatorskim usposobieniu. To nie tylko fragment lądu między Indiami a Chinami, który jak żaden inny wchodzi w bliski związek z himalajskimi szczytami. Nepal jest odrębny, specyficzny, niezbadany – albo badany bardzo pobieżnie przez spieszących się wszędzie turystów, których Goerke opisze z odpowiednią dozą ironii i dystansu. Nepal jest nam daleki być może przede wszystkim w kwestii upływającego tam czasu. Teraźniejszość nabiera zdecydowanie wyraźniejszych konturów nie tylko dlatego, że wielu Nepalczyków toczy po prostu codzienną bitwę o przetrwanie kolejnego dnia. Ten kraj zatrzymuje w sobie lokalny koloryt i sam jest miejscem, gdzie inaczej spogląda się na czas. Nie jest on czymś, co terroryzuje, wpędza w kompleksy albo poczucie zagubienia. Dziś przyspieszył jak wszędzie na świecie, ale mimo tego globalnego spadku po tak zwanej nowoczesności w Nepalu oddycha się, myśli, działa i rozumie świat na nieco innej płaszczyźnie czasowej. Manewrując tym pojęciem, Natasza Goerke sygnalizuje, że koniec jej opowieści jest początkiem, a całość podporządkowana jest dwóm zasadniczym odczuciom – satysfakcji z tego, że jest się blisko, i wielkiej tęsknoty oddalenia.

Autorka związała się z Nepalem już w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. Dzisiaj ten związek jest przede wszystkim silniejszy i bardziej świadomy, ale jednocześnie naznaczony śladami bolesnych przemian, których Nepalczycy doświadczali na własnej skórze w sposób bardzo dotkliwy. Nie chodzi tylko o trud transformacji ustrojowej, który z królestwa uczynił pełną wewnętrznych pęknięć i absurdów republikę. Chodzi o sporą ingerencję świata zewnętrznego, któremu jakby łatwiej teraz pokonać barierę górską i wdzierać się do Nepalu w wielu możliwych sferach. Goerke opowie o tym, jak miejsce, które oswoiła i pokochała, zmuszone zostało do tego, by oswoić i przynajmniej polubić cały szereg niewygodnych zmian. Egzemplifikują je ci niesforni turyści, którym poświęconych jest kilka rozdziałów. To jednak kwestia tego, że Nepal jest jakby rozpaczliwie zakorzeniony w takim świecie wartości, z którym trudno dzisiaj stawiać czoła rzeczywistości. Niezmienne zdają się tylko różowe wschody słońca i kwietniowe piękno. Wszystko inne naznacza na zawsze. Autorka opowie o śladach Nepalu w sobie, które musiała rewidować, musiała uczyć się kochać ten kraj inaczej, w odmienny sposób.

Nepal to kraj introwertyków. Ludzi żyjących do wewnątrz i stanowczo okopujących się w świecie przeżyć, którymi niekoniecznie chcą się dzielić. Nepal może nauczyć Europejczyka empatii, ale także pokory. Kontrasty społeczne, różnorodność religijna i kulturowa, a wokół tego stałe opresje nawarstwiające się z dekady na dekadę – wszystko każe nam widzieć Nepal jako miejsce, w którym jak w kalejdoskopie zmienia się bardzo wiele, ale którego mieszkańcy nie są skłonni do zmian wewnątrz siebie. Goerke opowiada o zaskoczeniach, frustracjach i boleści życia w biedzie. O tym, że nie ma perspektyw, kiedy się ich nie wypracuje. Wie, że jest na uprzywilejowanej pozycji, bo może kochać Nepal, nie walcząc o swoją tożsamość w nim. A może jednak bliskość z Nepalem to ciągłe rewidowanie tego, czym on jest w sercu i umyśle? Ciągłe zadawanie sobie pytania o istotę tej specyficznej bliskości? Myślę, że „Tam” powstało przede wszystkim dlatego, że czasami niewygodnie jest być blisko z Nepalem, a czasami to zrośnięcie z tym miejscem wydaje się czymś najbardziej naturalnym i oczywistym. Ta piękna książka opowiada o tym, jak ów górski kraj pozwolił się pokochać, ale także o tym, dlaczego ta miłość czasami bywa trudna, wymagająca.

Natasza Goerke zmienia sposób opisu rzeczywistości w zależności od tego, co chce nam pokazać. Jeśli siebie wrośniętą w Nepal – fraza jest delikatna, subtelna i poetycka. Jeśli sam kraj miotany wciąż rozmaitymi przemianami – język staje się dynamiczny, żywy, nierzadko charakteryzujący się specyficznym rodzajem humoru. „Tam” jest książką wielu opowieści, ale jednej silnej więzi. Pokazuje, w jaki sposób człowiek zakorzenia się i zrasta z miejscem, do którego trudno się przywiązać i które nie jest wdzięczne za to przywiązanie. Chciałoby się zobaczyć Nepal z takim przewodnikiem jak Natasza Goerke. Wydobyłoby się z niego coś, czego nie znajdziemy w żadnym przewodniku. „Tam” to przewodnik przede wszystkim po emocjach i książka o czułości. Punktuje to, co wymaga punktowania, ale przede wszystkim tworzy narrację otwartą. Po lekturze nabiera się ochoty na Nepal portretowany z taką wnikliwością i w tak oryginalny sposób. „Tam” otwiera się po zamknięciu ostatniej strony. Uwielbiam książki pozostawiające mnie w takim rodzaju zawieszenia i ciekawości jak ta. Ważna we fragmentach, wyjątkowa jako całość. Bardzo osobista, ale nienarzucająca się. Goerke zaprasza, sugeruje i przede wszystkim rozmawia sama ze sobą. W kameralnej tonacji i wyśmienitym stylu.

2017-05-12

„Patrzę” Monika Mostowik

Wydawca: JanKa

Data wydania: 15 maja 2017

Liczba stron: 328

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Podglądanie relacji

Bardzo długo było nam dane czekać na kolejną książkę Moniki Mostowik. „Patrzę” to wynagradza, bo skutecznie przyciągnie wielbicieli krótkich form narracyjnych autorki, ale także tych, którzy w opowiadaniach chcą widzieć dużo więcej niż opisywaną historię. Tutaj mamy taki egzystencjalny tryptyk złożony z miniatur literackich, ale także z tekstów zdecydowanie rozbudowanych, niejako zarysów powieści. Podstawowym pytaniem, jakie zadają sobie bohaterki Mostowik, jest: czy można naprawdę opowiedzieć siebie, wyrazić się w mnogości słów bez znaczenia? „Nikt nie zauważył, że tu jestem” nadzwyczaj wyraźnie podkreśla, że pośród pustki tego, co wypowiadane, należne znaczenie trzeba oddać słowu zapisanemu. W związku z tym Monika Mostowik zapisuje – historie, ale i stany emocjonalne z nimi związane. Konfrontuje nas z prawdziwą kobiecą nagością, jej prawdziwym wstydem, ale również z prawdziwą dumą, pewnością własnych doświadczeń. Kobiety portretowane są często jako niepełne, zmierzające w jakimś kierunku. Bo bohaterki „Patrzę” znajdą się w sytuacjach granicznych bądź krytycznych nie po to, by dramatyzować te teksty. Muszą zderzyć się same ze sobą, ze swoją bezradnością lub przesadną pewnością siebie. Muszą zajrzeć w głąb. Nazwać swoje uczucia. Niejednokrotnie przy pomocy tej drugiej – czasem przyjaciółki, niekiedy kochanki, często towarzyszki życia współdzielącej wyobcowanie. Ten zbiór opowiadań działa na wyobraźnię przede wszystkim dlatego, że autorka portretuje tożsamość jako składową relacji i konfrontacji z własnymi doświadczeniami. Wydobywa bohaterki ze smutku albo melancholii, wybija je z utartych schematów codziennego życia. Rejestruje różne odcienie samotności i siły. Oddaje do naszych rąk trójdzielną opowieść o tym, jak złożone i fascynujące mogą być relacje kobiece.

Dlaczego trudno tworzyć opowieści o sobie? Największy problem mają z tym bohaterki „Słońca”, jednego z wyróżniających się w zbiorze opowiadań. Przypadkowa letnia znajomość zamienia się w zależność niemalże toksyczną. Przyjaciółki domagają się od siebie opowiedzenia swojego życia. Pojawiają się blokady. Niemożność zwerbalizowania treści i sensu. Można zastanawiać się, czy gra w szczerość w tym tekście nie jest przypadkiem autorską grą niedopowiedzeniami i czy zwodzi na manowce. Pewne jest natomiast, że bardzo często prawdy o sobie kobiety Mostowik poszukują głównie w relacji z drugą kobietą. Ta bliskość warunkuje ujrzenie siebie naprawdę. Dostrzeżenie pustki, ale czasem i pewnej wartości w tej pustce wewnętrznej. Widzimy to w opowiadaniu tytułowym, w którym obsesja podglądającej każe jej skonfrontować się ze sobą, gdy treść życia zapełniają obrazy z podejrzanego życia sąsiadki. Bohaterka chce wejść w nieznany jej życiorys, by określić samą siebie. Podobnie dzieje się w narracji „Dom”, gdzie lokatorka mieszkania po zmarłej wpada w obsesję uczestniczenia w życiu, które się skończyło, i tropi jego ślady. Wszystkie kobiety wędrujące po śladach innych kobiet wcześniej czy później uświadamiają sobie, co je do tego skłoniło. Pochylają się nad własną bezradnością i pomagają sobie – mimo wszystko – wyraźnie zaznaczyć kontury własnego świata. Zamykające książkę opowiadanie „Bajka o siostrach” mocno podkreśla tę istotną podwójność, z której wydobywa się prawda o każdej z bohaterek. Wszystkie stają się siostrami w swoim cierpieniu, w swej bezradności i poczuciu niedostosowania. Ale nie są mimo wszystko same.

Najciekawszym opowiadaniem o specyfice bliskości dwóch straumatyzowanych kobiet jest opowiadanie „Urodziny”, świetnie zresztą zekranizowane przez Wiesława Zielińskiego. Tam jest wszystko, co charakteryzuje opowiadające w innych tekstach. Wejście w toksyczną zależność i odnalezienie się w niej po swojemu. Bez konsekwencji uległości, a z poczuciem, że oto ktoś nazywa rzeczy za mnie. Określa mnie w najlepszym możliwym wymiarze. Intymnym. Ta intymność portretowana w kilku możliwych wymiarach powoduje, że odebrać można teksty Mostowik nie tylko jako świadectwa skrywanego wstydu, ale przede wszystkim jako opowieści, dla których nie ma miejsca w codziennym życiu, bo ta codzienność nie jest intymna. Zamknięcie się w przeszłości, hedonistyczna teraźniejszość, analizowanie swojej pozycji w czasie przeszłym – w każdej płaszczyźnie prawda o kobietach ujawnia się poprzez dostrzeżenie sfery jej intymnych doznań. Dlatego „Patrzę” to może być niezwykle odkrywcza lektura przede wszystkim dla mężczyzn. Dla tych wszystkich, którzy nigdy nie są w stanie wejść w ten intymny rewir – z różnych powodów z niego wykluczanych.

Monika Mostowik pokazuje w swych kobietach ich kompleksy i zahamowania warunkowane tym, w jakim środowisku żyją i w jaki sposób są postrzegane. Czasami stanowią tło. Bohaterka z opowiadania pod tym tytułem „Tło” zauważana jest jako tancerka tylko przez pryzmat kalectwa. Potem staje się niewidzialna. Niewidzialne są żony, kochanki, przyjaciółki i doświadczone przemocą domową dziewczynki, które wcześniej czy później musiały stać się stanowiącymi o sobie kobietami. Mostowik portretuje kobiecą podmiotowość, ukazując szczególne okoliczności, w których może ona ulec zatarciu. Tylko wówczas, gdy otoczenie przyjmuje daną rolę, dany status kobiety za coś pewnego, oczywistego. To rodzi dramaty opisane w tekście „Nie do pary”, w którym podporządkowana żona stara się za wszelką cenę uciec od określenia własnej osobności, albowiem zawsze wartość jej osoby związana była z człowiekiem, który nie potrafił należycie kochać.

A sam mężczyzna? Może być przekleństwem jak we wspomnianym wyżej opowiadaniu. Może stać się wybawieniem jak w „Przesądzie” – jedynym tekście, w którym Monika Mostowik na chwilę oddaje głos męskiemu bohaterowi. Mężczyźni są siłą sprawczą tego, że kobiety z „Patrzę” bardzo często spalają się w skrajnościach i coraz bardziej rozpaczliwie szukają odrobiny harmonii. Z dala od męskich ramion i nierozumiejących spojrzeń. Ta książka nie oferuje nam w zasadzie żadnej historii o spełnionym i harmonijnym związku kobiety i mężczyzny. Prezentuje za to różne formy udręki w byciu obok siebie. Namiętności i przeżycia spoza sfery doświadczeń mężczyzny, dzięki którym rozumie się samą siebie. Albo przynajmniej zadaje właściwe pytania o to, kim się jest. Męski czytelnik nie będzie wykluczony z „Patrzę”. Mostowik wie, że do jej tekstów zajrzą wszyscy, bez względu na płeć. Płciowość często jest klatką i męczącą dwubiegunowością, co podkreślają dylematy bohaterek „Ta mężczyzna” czy „Szkoła kobiecości”. Opowiadania wychodzą poza płciowość, ale także poza inne, bardziej zniuansowane podziały. Otrzymujemy zbiór bardzo dobrych, sugestywnych i oddziałujących na wyobraźnię opowiadań. W pełni kontrolowanych, jeśli chodzi o poziom egzaltacji, pretensjonalności czy nieudolności w opisach stanów emocjonalnych. Książka, na którą czytelnicy czekali od wielu lat, okazuje się najlepszą książką Moniki Mostowik.


PATRONAT MEDIALNY

2017-05-10

„Czarna” Wojciech Kuczok

Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 236

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Miłość i zbrodnia

„Czarna” to kolejna propozycja serii „Na F/Aktach” Anny i Tomasza Sekielskich, propozycja siłą rażenia przypominająca „Inną duszę” Łukasza Orbitowskiego, a doskonałością językową „Smutek cinkciarza” Sylwii Chutnik. Wojciech Kuczok zdecydował się na bliższe poznanie akt sprawy Marioli Myszkiewicz, nauczycielki z Czarnej Białostockiej, okrutnej morderczyni. Autor podkreśla, że zawsze bohaterem jego książki jest polszczyzna. Z tej ponurej historii rozgrywającej się gdzieś na końcu świata, a jednocześnie w miejscu uznającym się za środek wszystkiego (także empatii i moralności), wyłania się opowieść, w której język dba zarówno o to, by podmiotowo opisać każdego bohatera, jak i przedstawić jego działania. Brakuje już słów, aby oddać poziom hipokryzji, złośliwości i wrogości małego miasteczka, ale to są sprawy pozajęzykowe. Kuczok w doskonałym stylu portretuje dramat nieszczęśliwej miłości z góry skazanej na porażkę tam, gdzie najbliżsi oraz sąsiedzi potrafią decydować za innych, oceniać ich działania, przeprowadzić prywatny proces i skazać na banicję. To nie tylko historia potwornego stygmatyzowania i idącego za nim dramatu. To przede wszystkim książka o potrzebie przynależności do drugiego człowieka. O byciu kochanym jako towarzysz życia lub potomek. Kuczok wie, jak wydobyć z akt sprawy wszystko to, co ludzkie – emocje niezapisane w paragrafach i punktach, niewyrażone nigdy publicznie (część procesu była utajniona). Obok nich nieszczęście tej, która zdecydowała się na uczucie wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew moralności miasteczka. Ono oceniło ją surowo. Sama była dla siebie surowa i bezwzględna. Potem równie bezwzględnie dokonywała aktu morderstwa.

Maria mieszka z matką, bo nie ma pomysłu na inne życie. Udało jej się wydobyć z dusznej mieściny i zdobyć wykształcenie w stolicy, ale koleje losu zmusiły ją do powrotu. Zwłaszcza jedno traumatyczne zdarzenie na zawsze osiądzie w pamięci Marii – śmierć ojca, którym opiekowała się do końca, tłumacząc mu niezrozumiały w pewnym momencie świat, z którym musiał się pożegnać. Kuczok sygnalizuje, co w rodzinnym życiu Marii mogło mieć wpływ na to, że w przyszłości stała się z jednej strony wymagająca co do życiowego partnera, z drugiej jednak – łatwo dała się zmanipulować lokalnemu Gatsby’emu, właścicielowi tartaku, człowiekowi jawiącemu się jako wzór doskonałego, silnego mężczyzny. Ojciec był słaby i musiał odejść. Pozostała matka, wieczna inwigilatorka. Wiecznie niezadowolona z wyborów córki, która nie przyjmuje ram miasteczka, nakładających na ludzi bardzo proste zobowiązania życiowe. Maria tkwi w stuporze, potem w napięciu. Doskonale sportretowana postać Heleny pokazuje, od kogo mentalnie córka musiała się wyzwolić. Komu stawić opór, by żyć własnym życiem. Niekoniecznie własnym, gdy dzielonym na wspólnych metrach kwadratowych z tą, która chciałaby jedynie umieścić córkę w prostym schemacie własnych oczekiwań. Tak jak chciałaby tego Czarna – miasteczko, w którym wszystko ma być w porządku, po bożemu i zawsze przewidywalnie. Naruszenie status quo w myśleniu Heleny i oczekiwaniach Czarnej może wywołać jedynie zło. Wymierzające sprawiedliwość po swojemu i stygmatyzujące Marię. Tę Marię, która na naszych oczach stacza się po równi pochyłej, idealizując romans i wierząc w to, że kochanek zechce być dla niej choć namiastką tego mężczyzny, za którym zawsze tęsknie wyglądała.

Jeremi generalnie chce sobie dobrze poruchać. Jego rodzina jest spójną całością i niczego jej już nie potrzeba, odkąd urodził się Pawełek, oczko w głowie tatusia. Jeremi nie widzi niczego złego w tym, że kocha się z inną kobietą. Jego żona – wraz z popsutą na kartach książki ortografią zapisu – jest już balastem, czymś niepełnym, niepokojąco dalekim i czasami niepotrzebnym. Ale rodzina to podstawa i o tym dobrze wie miasteczko, a jeśli Jeremi zapomina, szybko jest mu to przypominane. Bliskość z Marią to zaskakująca niekompatybilność oczekiwań. Takie to typowe, takie zwyczajne. Prosty, przewidywalny romans gdzieś na prowincji, o którym wszyscy szybko powinni zapomnieć tak jak kochankowie o sobie po tym, gdy żar namiętności wygaśnie. Z tej szczególnie pozbawionej cech przykuwających uwagę historii Wojciech Kuczok robi małe literackie arcydzieło. Pokazuje kobiecą zachłanność i męskie niedostrojenie do stanów emocjonalnych partnerki. Ukazuje z całą siłą – w języku przede wszystkim! – to zderzenie dwojga ludzi, którzy tęskną za czym innym i oszukują siebie, znajdując wspólną przestrzeń w łóżku, tę przestrzeń niemożliwą do przeniesienia do życia codziennego. Tymczasem Czarna pomrukuje, miasteczko dowiaduje się coraz więcej i jest coraz bardziej skłonne do wymierzenia kary. Maria staje się coraz bardziej samotna. Jeremi wyobcowany, ale gotowy na to, by Czarna przyjęła go z powrotem. Pokornie schyli głowę i przyjmie za pewnik to, co rządzi społecznością od zawsze. Maria wybierze inną drogę. Ze wszystkimi jej konsekwencjami.

To nie jest tak, że Wojciech Kuczok czyni z kata ofiarę. Nie stara się w żaden sposób wyjaśnić motywów zbrodni, ale dzieli się z nami literackimi sugestiami co do tego, skąd wzięła się agresja i w ostateczności śmierć. Świetnie oddawane stany emocjonalne bohaterki pokazują jej labilność, niepewność samej siebie, gotowość do niezwykłych poświęceń i tę trudną do zrozumienia formę determinacji. To tak jakby Maria nagle zrozumiała, że można się wydobyć z mielizn małego miasteczka i można sięgnąć po swoje tam, gdzie nikt nie ma odwagi sięgać. Maria jest odważna, ale także tragiczna. Kuczok świetnie portretuje egocentryzm oraz jednocześnie nieczułość. W wypowiadanych słowach usiłuje nadać kształt tamtym wydarzeniom na tyle wyraźnie, żeby czytelnik nie tonął w niedopowiedzeniach. I tak przecież wszystkiego nie da się opowiedzieć. Nie o to tutaj chodzi. Fikcja literacka „Czarnej” to autorski komentarz do takiego życiowego momentu, w którym przychodzi czas na trudne odczarowanie zgubnych namiętności. Kuczok jest dosadny i bezkompromisowy – niewielu bohaterów ma jakąkolwiek taryfę ulgową, ale widzimy, że Czarna nie jest obiektywna w ocenianiu i karaniu. Z tej pasjonującej narracji o ludzkiej krzywdzie w małej społeczności wydobywa się coś więcej niż tylko opowieść o osamotnionym koźle ofiarnym, na którym wszyscy muszą się wyżyć. Wojciech Kuczok chce pokazać, w jak różny sposób ludzie mogą patrzeć na tę samą sytuację, jak rozmaicie oceniać coś, co nie podlega ocenie i interpretacjom. To też książka o gorzkim poszukiwaniu bliskości i o tym, jak wiele możemy poświęcić, by tę bliskość zdobyć. Za wszelką cenę.

2017-05-08

„Zapomniany walc” Anne Enright

Wydawca: Wiatr od Morza

Data wydania: 6 kwietnia 2017

Liczba stron: 258

Przekład: Grzegorz Buczkowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Trudy romansu

Cenię sobie dwie polskie książki o anatomii zdrady. To „Pasja według św. Hanki” Anny Janko i „Opowieść niewiernej” Magdaleny Witkiewicz. Cenię je przede wszystkim za świeżość w ujęciu tematu, pogłębioną analizę psychologiczną oraz sporo skomplikowanych pytań, na które wiele lat po lekturze nie znalazłem jeszcze odpowiedzi. Irlandzką opowieść o zdradzie autorstwa Anne Enright od pierwszych stron traktowałem z dużym dystansem. Nie tylko dlatego, że narracja skonstruowana jest w taki sposób, iż absolutnie subiektywny strumień świadomości portretuje złożoność sytuacji w mało przekonujący sposób. Opowiadająca swoją historię Gina nie wzbudza sympatii, ale Enright pisze tak, że mamy do czynienia z samymi smutnymi i zagubionymi ludźmi, których nie chciałoby się przytulić, a nawet nie chciałoby się z nimi szczerze porozmawiać. Problemem tej powieści jest konstrukcja. W ostatniej części dość jałowej opowieści o dylematach związanych z pustoszeniem własnego związku i drugiego małżeństwa oraz o tych dotyczących pytania, czy dążąc do własnego szczęścia, nie rujnujemy szczęścia innych, Enright próbuje na siłę uwiarygodnić i udramatyzować skomplikowane relacje kochanków. Wprowadza postać dziecka, specyficznej dziewczynki o wyjątkowych potrzebach. Evie nada zakazanemu związkowi nowe ramy. Dziecko mężczyzny uwikłanego w kolejny już w swoim życiu romans będzie postacią, poprzez którą narratorka ujrzy swą skomplikowaną sytuację w jeszcze bardziej mrocznym świetle, niż dotychczas ją postrzegała. „Zapomniany walc” proponuje nam wejście w historię o życiowych kompromisach, burzeniu ładu i konsekwencjach decyzji na zawsze zmieniających życie ludzi poza kochankami. Oferuje także dość dynamiczną powieść obyczajową o zgrozie istnienia w pojedynkę i rozpaczliwych próbach szukania bliskości w trudnych czasach, w których bliskość warunkowana jest przede wszystkim problemami. Różnej natury.

Bardzo myląca jest etykieta Bookera widoczna na okładce. Anne Enright nie dostała literackiej nagrody za „Zapomniany walc”. Nie mogłaby jej dostać za tę książkę. Gina na przemian irytuje i bawi. Pozostaje też zdumienie przy lekturze wyznań dotyczących tego, że lubi być flirciarą i zakręciłaby się nawet wokół teścia, lub pretensjonalnego opisu przeżywanego romansu, gdzie informuje, że razem z kochankiem „zdarli niebo”. Nie ma tu problemu wiarygodności bohaterki, bo Gina jest dogłębnie przemyślaną postacią, kobietą sankcjonującą prawo do związku, który może coś zrujnować. Chodzi bardziej o to, w jaki sposób i jakimi środkami wyrazu opowiada swoją historię, wtapiając w nią sporo socjologicznych przemyśleń i wartościowych uwag na temat ludzi z otoczenia, niewidzących się w takim świetle, w jakim widzi ich Gina. Myślę, że Enright postawiła na ukazanie determinacji w walce o nietypowy związek, stawiając go w konfrontacji z zasadniczą utratą – chodzi o wątek związany z matką, tą matką, która ustawicznie „wciąż nie żyje”, pozostawiając Ginę w stuporze i wewnętrznym zagubieniu. Po traumie utraty matki bohaterka nie chce zgodzić się na kolejną utratę. A Seán domaga się uwagi w charakterystyczny sposób. Podobnie jak o tę uwagę walczy jego dorastająca córka.

Miłość do kochanka idzie w parze z trudem zrozumienia tej najbardziej skomplikowanej części jego natury. A dla Seána priorytetem jest Evie. Smutne i zagubione dziecko, które musi brać na siebie cały ciężar skomplikowanych relacji rodziców. Dramat Giny to przede wszystkim dramat nieprzystawalności do świata, w którym można byłoby powalczyć o jakieś alternatywne szczęście, ale nie można w nim uporządkować swoich emocji, skrytych priorytetów. Dlatego Enright każe swojej bohaterce dokonywać wyjątkowo trudnych wyborów. Tyle tylko, że są one w pewien sposób oczywiste i – jak wspomniałem – dramatyzowane ostatnie rozdziały książki nie wstrząsną nami bardziej niż pozornie lekkie i bezkompromisowe opisy codzienności związku, w którym Gina musi oddać część swojej dumy i podmiotowości. Bo zdrada to kompromisy dużo bardziej skomplikowane niż te mające przysłużyć się stabilnemu związkowi. Zapomniany walc” nie tyle uświadamia nam coś oczywistego, ile stara się na siłę wydobyć z opowiadanej historii przesłanie mające znaczenie symboliczne. Cierpienie Giny to dowód na to, że każda forma ingerencji w bliskie ludzkie relacje wymaga od nas ofiary. Na ile jednak ofiarna staje się bohaterka książki, a na ile tonie w pewnych fabularnych mieliznach, z których nie wydobywa jej nawet ironiczny język – to już inna sprawa i kwestia czytelniczego odbioru tej książki.

Anne Enright proponuje nam literacką znajomość z kobietą, która najpierw zaskakuje prostotą swego egocentryzmu, by potem wspinać się na wyżyny empatii i rozumieć swój skomplikowany romans przede wszystkim w znaczeniu związku dotykającego istoty jej potrzeb. Seán – dość intrygująca postać drugiego planu – jest bardziej wyraźny nie tylko dlatego, że nie możemy go być pewni i jego intencje są dużo bardziej mgliste niż motywacje do działania samej Giny. Enright w postaci Seána stara się zobrazować tę nieco wstydliwą, ale wszechobecną ludzką potrzebę osadzania się w najbliższym otoczeniu, takiego osadzania się materialnego, ale wynikającego również z potrzeby stałości, przewidywalności i pewności własnego rewiru. Rozpadają się wszystkie prywatne idylliczne krainy pozostałych bohaterów. Kochankowie znajdują się na językach tych, którym w różny sposób się nie powiodło i dla świętego spokoju tkwią okopani w iluzorycznym porządku. A Gina i Seán to związek dynamiczny, rozwojowy i wymagający kompromisów. Taki, w którym nie należy bać się drugiego człowieka, ale trzeba mieć się na baczności za każdym razem, gdy chce się mu coś narzucić. Tylko śmierć – ta wciąż nieżywa matka – jest na tyle bezkompromisowa, że nie daje żadnej możliwości zmian. Ukazany romans rozwija się w jakiś najnaturalniejszy ze sposobów. Kiedy wychodzi poza ramy klasycznego romansu, staje się walką o samostanowienie i udręką podejmowania niewygodnych kroków, by zachować wciąż gorącą namiętność.

„Zapomniany walc” nie portretuje zdrady w żaden twórczy sposób, a opowiada głównie o zależnościach, w jakie wchodzimy, nie będąc ich świadomi. Byłaby to interesująca opowieść o prawdziwej odpowiedzialności za drugiego człowieka, gdyby nie fakt, że opowiadana historia w dużej mierze oparta jest na truizmach, spod których czasami nieśmiało wyziera jakaś głębsza, bardziej oryginalna refleksja. Enright rozczarowuje, starając się zadawać oryginalne pytania i usiłując nadać narracji pierwszoosobowej doskonale subiektywny rys, by ukazać zagubienie i chaos. Autorka stara się opowiedzieć o kilku emocjonalnych utratach i o mirażach zysków. O tym, że potrafimy być obok siebie wyobcowani i jednocześnie walczymy o trudną bliskość. Jest tu też mowa o symbolicznym ocaleniu życia. Kto kogo ocali? To byłaby myśl na kilka interesujących rozdziałów. Niestety, większość z nich przyciąga uwagę tylko dość specyficznym stylem, ale nie pozostawia w tyle głowy wielu wątpliwości. Zwłaszcza gdy zakończenie książki stara się nadrobić braki w dramatyzmie obecne w pozbawionej oryginalnego przesłania fabule. Dlatego „Zapomniany walc” jest książką z dużym potencjałem, ale jednocześnie narracją chwilami naiwną, pozbawioną tego całego skomplikowania, jakie usiłuje nam narzucić. Mnie ta opowieść nie przekonała ani nie przejęła.